Najpierw był telefon. To było w poniedziałek, zadzwoniła do mnie znajoma z osiedla, pani I.:
- Pani Jano, koleżanka właśnie mi powiedziała, że za kioskiem, na skrzyżowaniu (tu opis miejsca) jest karton z małym kotkiem.
- I co z tym kotkiem? Bardzo jest mały? Siedzi w kartonie czy może z niego wyjść?
- Ja nie wiem, nie widziałam, koleżanka mi powiedziała. Czy pani może tego kotka wziąć?
- Jestem w pracy, pół godziny od domu, a pani jest zaraz obok.
- Ale ja nie mogę tego kotka wziąć. Mogę po niego pójść pod warunkiem, że po pracy pani go zabierze, pani Jano.
- A nie może pani tego kociaka kilka dni przetrzymać, dopóki nie znajdziemy dla niego miejsca?
- Nie mogę, przecież ja mam już trzy koty.
- A ta koleżanka, która kociaka widziała? Nie może sie nim tymczasowo zająć?
- Nie, ona ma już dwa koty i żadnego już nie może wziąć, nawet na chwilę.
- Ja mam w domu kilkanaście kotów…
- To może zostawmy tam tego kotka, może ktoś go sobie weźmie.

Ustaliłyśmy, że pani I. jednak pójdzie zobaczyć co to za kociak i czy jest bezpieczny. I, że do mnie zadzwoni. Drugi telefon:
- No jest kociak, mały i całkiem dziki. Nie można podejść, zaraz ucieka i chowa się w rurę burzową, taką wie pani, od rynny. Zadzwoniłam po Straż Miejską i czekam na nich.

Po chwili kolejny telefon:
- Była Straż Miejska, takie dwie dziewczyny przyszły, popatrzyły i powiedziały, że nie ma zagrożenia życia dla kota i najlepiej, jak tutaj zostanie. To pani wracając z pracy sobie obejrzy to miejsce i kociaka. Mały jest, tak ze 3 miesiące najwyżej, taki fajny, czarny maźnięty rudym. I ucieka do tej rury, nie sposób podejść. Pani z kiosku tu mu daje jedzenie.

Wracając z pracy zaszłam zobaczyć kociaka, ale pewnie był schowany w rurze, bo zobaczyłam tyłko pudełko z posłankiem i miski z jedzeniem. Od pani z kiosku dowiedziałam się, ze kociak koczuje tam od kilku dni, a Straż Miejska już raz w ogóle nie chciała przyjechać, dziś strażniczki przyszły, popatrzyły i poszły. To już wiedziałam z telefonu od pani I. – że ponoć nie ma zagrożenia życia dla kociaka. Przy murze, na ruchliwym skrzyżowaniu (samochody, tramwaje, ścieżka rowerowa i trasa spacerowa ludzi z psami), kryjówka w rurze prowadzącej z rynny do kanalizacji – a zapowiadają deszcze. No żadnego zagrożenia życia, nic a nic. Z drugiej strony – dobrze, że straż nie złapała kociaka, bo zawiozłaby go do schroniska miejskiego, a tam kociaki chorują i umierają.

Zabrałam miski z jedzeniem, ustaliłam z panią z kiosku, że nie będzie kociaka karmić i przypilnuje, żeby nikt inny nie karmił.
Zadzwoniłam do Wu prosząc, żeby wieczorem zaszedł tam po drodze do domu i sprawdził, czy jest kociak. Kociak był, Wu zrobił kilka zdjęć. Zabraliśmy z domu sprzęt i poszliśmy łapać kociaka z rury. Mała, włochata szylkretka wlazła do klatki łapki już po kilkunastu minutach. Dzika dzicz, barrrdzo groźna, warcząca i prychająca. Nie mam pojęcia skąd się tam wzięła. Nie została przez kogoś porzucona, bo gdyby tak było, byłaby oswojona i tylko przestraszona. W okolicy raczej nie ma płodnych kotek, a już zwłaszcza szylkretek (to dość rzadkie umaszczenie). Zagadka. W kazdym razie mała trafiła do naszej łazienki, bo przecież u nas jest dużo miejsca na kolejne koty, nie to co u innych…

Pierwszego dnia, czyli w poniedziałek, obsługa kociaka odbywała się przy pomocy rękawicy narciarskiej, bo kicia była bardzo zła na nas, że zabraliśmy ją z takiej fajnej rury ;-)

Następnego dnia rano (wtorek) mała przeszła chrzest bojowy – musiałam jej uprać tył kota z powodu nocnej wpadki (po nieodpowiednim jedzeniu jeszcze z czasów wolności). Kicia zniosła to z dumą i godnością osobistą. Brak agresji skłonił mnie do odłożenia rękawicy. Wieczorem mała zaczęła mruczeć.

W środę mruczenie stało się już regułą oraz odbyła się pierwsza zabawa pluszową myszką. W nocy z środy na czwartek mała darła się z łazienki nie tylko po zrobieniu kupy (żeby jej posprzątać), ale i tak po prostu, domagając się towarzystwa, przytulania i zabawy.

Postępy w oswajaniu były znaczne, więc w czwartek kicia dostała już do dyspozycji całą łazienkę. Oraz dostała imię, bo za każdym razem, po moim wejściu do łazienki, mała najpierw ucieka. A mnie się przypomniał taki jeden film, gdzie: Jak twierdzi jeden z bohaterów filmu, złota rybka, w przeciwieństwie do ludzi, ma tylko trzysekundową pamięć i dlatego jest skazana na ciągłe powielanie własnych błędów. Nasza Rybka jeszcze wciąż nie całkiem pamięta, że jest oswojona ;-)

 

W piątek wizyta u weterynarza ostatecznie potwierdziła socjalizację Rybki – mała była bardzo dzielna i spokojna, a w końcu rozkitłasiła się w objęciach pani technik i zaczęła mruczeć.

Rybka jest prześliczna i bardzo fajna. A niebawem (jak tylko wytłuczemy robale oraz zaszczepimy) będzie szukała nowego domu, bo ile może siedzieć w naszej małej łazience? Komu kolorową Rybkę, komu?