sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: mlody

Obudziło mnie w nocy warczenie, taki głuchy, niski pomruk. Bardzo niepokojący dźwięk, więc się rozglądam, ale wszystkie koty śpią. Wszystkie, łącznie z tym warczącym! To Młody ‚gadał’ przez sen. Musiało mu się śnić coś bardzo groźnego, skoro takim grobowym warczeniem to coś odstraszał. Podeszłam do Młodego, śpi i warczy. Ucichł. Postanowiłam go obudzić z tego koszmaru, potrząsam – nic. Potrząsam kotem mocniej, dalej nic. Zrobiło mi się bardzo nieswojo, zaczęłam Młodego szarpać jak worek kartofli, uf! obudził się wreszcie. Spojrzał na mnie nieprzytomnie, ale oczywiście z lekkim wyrzutem. No wiem, zła jestem, budzę kotka… Wróciłam do łóżka.

Za chwilę usłyszałam miauknięcie – Młody wstał i przytuptał do mnie, żeby się przytulić. A więc jednak śniły mu się koszmary i kotek potrzebował pocieszenia!

  
To ulubione miejsce Młodego do spania, często w takich właśnie pozycjach :-)

Młody jest naszym słodkim kotkiem – prawie dosłownie, ponieważ właśnie zdiagnozowano u niego cukrzycę. Nie miał żadnych objawów, nie jest bardzo gruby. Nie wiedzielibyśmy o jego chorobie jeszcze przez jakiś czas, być może długo, gdyby nie nasikał nam na okno. Następny sik Młodego złapałam do pojemniczka i zaniosłam do badania. No i wyszła glukoza w moczu, a to najczęściej oznacza cukrzycę. Chorbę Młodego potwierdziły oczywiście dodatkowe badania krwi, miał też usg. Młody nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest chory, na szczęście czuje się dobrze. Ja czuję się gorzej, bo muszę się nauczyć obsługi cukrzycowego kota… Dziś rano Młody dostał pierwszą insulinę.

Młody nam zachorował i dziś miał wizytę u weterynarza. Lecznica jest niedaleko, pięć minut marszu, ale Młody jest ciężki, transporter też swoje waży, a Wu wyjechał z Warszawy… Sama musiałam jakoś kota do lecznicy zatargać. Więc go zawiozłam :-)

Kiedy byłam dzieckiem, sporo czasu spędzałam ze swoją czeską babcią. A w jej domu był pies, a właściwie sunia, Hexa. Hexa była jamnikiem szorstkowłosym, przez co do dziś mam słabość do tej rasy.
Pamiętam, że każdy posiłek w obecności psa był dla mnie udręką. Bo Hexa żebrała. Siadała przy człowieku, na przykład przy mnie i patrzyła. Czasem z jej paszczy wydobywało się ciche i krótkie skamlenie, ale głównie pamiętam ten świdrujący mnie wzrok. Tak tak, Hexa żebrała o jedzenie. Choćby nie wiem jak była najedzona, zawsze nasz posiłek był lepszy. Presja jej spojrzenia niemal odbierała mi apetyt, a trzeba było być twardym i nie wolno było dawać Heksie jedzenia ze stołu, żeby się nie nauczyła, że żebranie się opłaca.
Zgadnijcie dlaczego Hexa zawsze siadała przy mnie. I czemu wiem, że nie nadaję się na opiekunkę psa ;-)

Koty mają inną politykę jedzeniową. One nie żebrzą jak pieski. One wymuszają. Albo po prostu sobie biorą i już.

Wystarczy chwila nieuwagi, mrugnięcie oczu, momencik tyłem do talerza. Jeśli przygotowujesz lub spożywasz posiłek w domu z kotami, nie możesz się zdekoncentrować choćby na moment.

Nie wiem który kot ukradł mi część kolacji. Mam swoje podejrzenia. Na podstawie dowodów nagannego zachowania Młodego sprzed kilku lat. Ten jedyny raz, kiedy dał się złapać na gorącym uczynku.

Więc albo to Młody jest złodziejem wędliny, albo wychował sobie godnych następców. W sumie to podejrzewam je wszystkie.

  

Jak widać koty się komponują. Białym kotom zdjęcia robimy w dzień, czarnym – w nocy (i dlatego jakość nie taka jak by się chciało, cóż, trzeba chwytać momenty i nie marudzić na niesprzyjające okoliczności przyrody oraz nastroju kota).

historyjka pierwsza
W środku nocy (ok. 2.00 / 3.00, nie wiem dokładnie, bo o takiej porze cyferki zegara mi się mylą) przez całe mieszkanie przeleciał tabun kotów. Z kuchni, przez przedpokój i duży pokój, aż do sypialni na parapet. Za zasłonką odbyła się krótka kotłowanina, spadła szklana osłonka na doniczkę i na podłodze rozprysnęła się na tysiące odłamków. Koty na chwilkę zamarły, po czym ewakuowały się z parapetu. Ja zerwałam się na równe nogi, zakłóciłam chwilę ciszy wiązanką słów bardzo niecenzuralnych, po czym udałam się do kuchni po zmiotkę i szufelkę. Nie dotarłam tam, ponieważ tabun kotów znowu zaczął biec, a futrzasta masa niemal zwaliła mnie z nóg! Włączyłam światło i zobaczyłam sprawczynię tego szaleństwa. Na podłodze rzucała się wielka ćma, naokoło niej na chwilę zamarła grupa żądnych mordu i posiłku kotów. Kiedy krwiożercze ślepia hipnotyzowały biedną ćmę, ja sięgnęłam po pudełko, żeby ją w nim zamknąć i uwolnić za oknem, z dala od kocich pazurów i kłów. Nie zdążyłam. Nasz pocieszny, grubaśny, pierdołowaty Muchomorek, zmieniwszy się w dziką bestię, rozmazał mi się przed oczami – a potem zobaczyłam go już z ćmą w paszczy. Reszta kotów podbiegła do niego natychmiast, ale Muchomorek zaczął straszliwie warczeć i posyłać im zabójcze spojrzenia. Z paszczy wystawały mu skrzydełka ćmy… Poddałam się, wiedziałam, że ćmy już nie uratuję. Koty jeszcze próbowały odebrać Muchomorkowi jego zdobycz, ale też im się nie udało. W końcu zostaliśmy tak, ja z pudełkiem w ręku i koty z rezygnacją w oczach, kiedy Muchomor pożerał upolowaną ćmę. Potem koty poszły spać, a ja zajęłam się sprzątaniem szkła z podłogi w sypialni.

historyjka druga
Czemu te koty tak siedzą przed kuwetą? Młody i Nosek wpatrują się w przezroczyste drzwiczki krytej kuwety. Pewnie w środku jest jakiś kot, a one uprawiają mobbing! Wkurzyłam się, ale zajrzałam i w środku w kuwecie pusto. A koty siedzą przed nią jak zaczarowane, w bezruchu, tylko głowami czasem ruszają, synchronicznie zresztą. O co chodzi?
O muchę. Wreszcie ją dojrzałam, jak łazi po żwirku, zamknięta w tej kuwecie. Mucha w kuwecie! Wu powiedział, żeby ją zostawić, koty mają telewizor – faktycznie, kuweta z muchą jest chyba ciekawsza nawet od akwarium.

Dzięki, że wreszcie trochę uprzątnęłaś ten stół. Bo już było niewygodnie.

E tam, burknął Młody. Mogła się bardziej postarać.

Wczoraj wieczorem usłyszeliśmy Młodego „mrrrrrauuuu mrrrrauuu!…” Aha, znaczy zaraz będzie świrował po domu. Łups! „mrrrrrauuuu mrrrrauuu!…” Wskoczył na drzwi. Łubudu! Zeskoczył z drzwi. Normalka. On tak czasem ma. Kiedy go nosi, skacze na drzwi z pralki, pokręci się, pokręci na drzwiach niczym na grzędzie i zeskakuje, też via pralka.
Ale wczoraj, po występach Młodego, usłyszliśmy nowy dźwięk. Szuru buru, szuru buru! Coś skrobało te drzwi, z których Młody zeskoczył. Szuruburuszuruburu (coraz prędzej), ŁUPS! Od drzwi odpadł mały kotek. Mały w porównaniu z Młodym. Gryzia próbowała wskoczyć na drzwi tak jak jej idol przed chwilą, ale się nie udało. Złapała się przednimi łapkami za krawędź, a tylnymi wydawała te rozpaczliwe szuruburu dźwięki, aż w końcu odpadła.

Bo Gryziunia bardzo kocha Młodego. Chodzi za nim, przytula się, obejmuje miłośnie ogonkiem. Przykleja się do Młodego kiedy tylko może. Tylko do zabawy Młody się nie nadaje, w gonitwach lepiej się sprawdzają młodsze i głupsze kotki, jak Rózik, Małpeczka, Świerczek czy Kudłata Fredzia (wcześniej Królewna Fanaberia). Ale do przytulania i naśladowania, to tylko Młody! O, tak Gryzelda kocha Młodego:

Gryzia i Młody

Rózik i Młody

Wczoraj prawie zaliczyłam atak serca. Przez Młodego i moją głupotę.

Szykowałam gulasz z serc, umyłam drobiowe
serduszka i zostawiłam na sitku, na chwileńkę (żeby pocztę sprawdzić).
Nagle usłyszałam straszne kocie zawodzenie, w stylu „ratunku,
umieram!”. Pobiegłam do przedpokoju i zobaczyłam Młodego jak zawodzi z
łbem przy podłodze, a na podłodze… skrzepy krwi.
No to już panic mode on na całego, wzięłam
Młodego, dawaj go oglądać, ten zawodzi bez przerwy, ja mu oglądam oczy,
pysk, serce mi wali jak oszalałe, no właśnie – serce… W końcu
skojarzyłam skąd ta krew.

Młody upolował sobie serduszko drobiowe, pożarł i odśpiewał pieśń zwycięstwa. Miałam ochotę go utłuc.

Nie wychodząc z kulinarnych tematów – jakiś kot obżarł mi dwa kawałki ciasta, zanim ja zdążyłam choćby spróbować.


  • RSS