sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: kulinaria

Kiedy byłam dzieckiem, sporo czasu spędzałam ze swoją czeską babcią. A w jej domu był pies, a właściwie sunia, Hexa. Hexa była jamnikiem szorstkowłosym, przez co do dziś mam słabość do tej rasy.
Pamiętam, że każdy posiłek w obecności psa był dla mnie udręką. Bo Hexa żebrała. Siadała przy człowieku, na przykład przy mnie i patrzyła. Czasem z jej paszczy wydobywało się ciche i krótkie skamlenie, ale głównie pamiętam ten świdrujący mnie wzrok. Tak tak, Hexa żebrała o jedzenie. Choćby nie wiem jak była najedzona, zawsze nasz posiłek był lepszy. Presja jej spojrzenia niemal odbierała mi apetyt, a trzeba było być twardym i nie wolno było dawać Heksie jedzenia ze stołu, żeby się nie nauczyła, że żebranie się opłaca.
Zgadnijcie dlaczego Hexa zawsze siadała przy mnie. I czemu wiem, że nie nadaję się na opiekunkę psa ;-)

Koty mają inną politykę jedzeniową. One nie żebrzą jak pieski. One wymuszają. Albo po prostu sobie biorą i już.

Wystarczy chwila nieuwagi, mrugnięcie oczu, momencik tyłem do talerza. Jeśli przygotowujesz lub spożywasz posiłek w domu z kotami, nie możesz się zdekoncentrować choćby na moment.

Nie wiem który kot ukradł mi część kolacji. Mam swoje podejrzenia. Na podstawie dowodów nagannego zachowania Młodego sprzed kilku lat. Ten jedyny raz, kiedy dał się złapać na gorącym uczynku.

Więc albo to Młody jest złodziejem wędliny, albo wychował sobie godnych następców. W sumie to podejrzewam je wszystkie.

Wczoraj prawie zaliczyłam atak serca. Przez Młodego i moją głupotę.

Szykowałam gulasz z serc, umyłam drobiowe
serduszka i zostawiłam na sitku, na chwileńkę (żeby pocztę sprawdzić).
Nagle usłyszałam straszne kocie zawodzenie, w stylu „ratunku,
umieram!”. Pobiegłam do przedpokoju i zobaczyłam Młodego jak zawodzi z
łbem przy podłodze, a na podłodze… skrzepy krwi.
No to już panic mode on na całego, wzięłam
Młodego, dawaj go oglądać, ten zawodzi bez przerwy, ja mu oglądam oczy,
pysk, serce mi wali jak oszalałe, no właśnie – serce… W końcu
skojarzyłam skąd ta krew.

Młody upolował sobie serduszko drobiowe, pożarł i odśpiewał pieśń zwycięstwa. Miałam ochotę go utłuc.

Nie wychodząc z kulinarnych tematów – jakiś kot obżarł mi dwa kawałki ciasta, zanim ja zdążyłam choćby spróbować.

Wczoraj wieczorem ugotowałam ryż.
Część (duża) ryżu zostala w garnku, na kuchence. Jakoś tak… no nie przykryłam, nie schowałam do lodówki.
Rano garnek był na miejscu, ale ryżu w nim zostało ziarnek kilka na dnie.
Hm…
Wu twierdzi, że nie zjadł ryżu w nocy.
No to kto zjadł? No kto? Czyje podniebienie (a raczej – podniebienia) domaga się tak wyrafinowanych smaków jak ryż gotowany na wodzie, z małym dodatkiem oliwy z oliwek i soli? Nawet kostki bulionowej wczoraj do tego ryżu nie dodałam! A jednak zeżarły! Te głupie, małe koty!

Kocie jedzenie zapewniam stale. Wiem co zrobię – dosypię im ryżu i wkruszę rogala marcińskiego. O.

Wczoraj był bardzo trudny dzień, który zaczął się w sumie już przedwczoraj. Może wspomnę o tym kiedyś.

Z samego rana musiałam gdzieś pojechać, coś zalatwić, wracałam do domu metrem. Po drodze kupiłam sobie rogala marcińskiego – mniam! Bardzo lubię, rzadko jadam, bo na moich codziennych ściezkach nie ma punktów sprzedaży z rogalami. Ale wczoraj ścieżki mi się zmieniły, punkt był i przyniosłam sobie do domu pyszności.

No i przyszedł w końcu taki moment w tym popapranym wczorajszym dniu, taka chwila wytchnienia, że zrobiłam sobie kawę, wyjęłam rogala, ułożyłam na talerzyku i poszłam na kanapę konsumować. Mniam! Rogal pyszny, bardzo słodki, zjadłam pół i nie mogłam więcej. Na ten moment oczywiście, więc odłożyłam talerzyk z połówką pyszności „na potem”. Odłozyłam na stolik w pokoju i to był mój błąd.

Znowu rozdzwoniły się telefony, znowu ja musiałam swój telefon rozdzwonić, wejść na forum, pisać, czytać, załatwiać, organizować. A w pokoju słychać było ciche mlaskanie. Hm… Mogłam się domyślić. Mam usprawiedliwienie – masę innych spraw na głowie niż domyślanie się czy nasłuchiwanie mlaskania.

Ale to mlaskanie miało swoje następstwa. OPITOLIŁY MI ROGALA MARCIŃSKIEGO. Moje kochane, tymczasowe kotki o spaczonym podniebieniu – kto to widział, żeby koty szamały słodkie rogale?! A one tak, one to zrobiły. Łaskawie zostawiły trochę nadzienia – nie smakowało?…

One to zrobiły. Widzialam okruszki na pyskach!


  • RSS