sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: kaja

Dziś piątek trzynastego, więc wszystkim czarnym kotom trzeba złożyć najserdeczniejsze życzenia w dniu ich święta :-)

Ja zaraz wyprzytulam nasze czarne tymczasy. To znaczy… Hm. Jedną czarną koteczkę pogłaszczę, a na drugą popatrzę.

Jak odróżnić od siebie dwie czarne, drobe koteczki z białymi gwiazdkami pod szyją? U nas w domu wystarczy podejść.

Kaja do człowieka zagrucha i nadstawi łepek do głaskania.
Gryzia rzuci złe spojrzenie spode łba, a jeśli człowiek podejdzie za blisko, to zwieje.
Czy już wiecie, która koteczka na zdjęciu to Gryzia, a która Kajunia? :-)

Gryzelda jest u nas już długo, oj, długo. Już trzy lata. Jest (chyba) rodzoną siostrą naszego białego Rózika. Złapałam ja jako małego kociaka w piwnicy przy pizzerii. Łapałam znienacka, sama byłam zaskoczona, że za drzwiami siedzi kociak, więc capnęłam ją ręcznie, a wtedy ona capnęła mnie. Mocno i boleśnie, stąd imię Gryzelda. Gryziunia była oswajana jak każdy inny mały dzikusek, ale widać jest wyjątkowa, bo się nie oswoiła. Nie lubi ludzi i nie życzy sobie z nami żadnych bliskich kontaktów. Najbliższe, jakie toleruje, to podawanie jej smakołyków, np. kawałków kurczaka. Wtedy podchodzi bliziutko i świdruje nas swoimi wielkimi, żółtymi oczyskami. Zdarza mi się ja głaskać, ale to musi być z zaskoczenia – wtedy Gryzia czasem mruczy, a czasem warczy i nigdy nie wiadomo na co się zdecyduje. Gryzia lubi inne koty, a kocha Młodego. Nie jest „nasza”, ma wciąż status tymczasa, ale kto ją weźmie z takim charakterkiem?

Kaja to całkowite przeciwieństwo Gryzi. Jest przemiła i kochana, lubi głaskanie i drapanie pod bródką, chociaż nie chce być brana na ręce, a jeśli głaszcze się ją zbyt długo, sygnalizuje, że ma dość podgryzając (na szczęście lekko). Jest u nas niecały rok, trafiła do nas w dość tragicznych okolicznościach, kiedy zginęła jej matka i rodzeństwo. Tylko Kaję zdołaliśmy na czas zabrać z parkingu, gdzie mieszkała. Była już spora, miała ponad trzy miesiące, a ja byłam prawie pewna, że nie uda nam się jej oswoić. Kaja mnie zaskoczyła, oswoiła się bardzo szybko, zadomowiła pięknie – ale nie dogadała się z kotami. Przez pewien czas mieszkała w pokoju gościnnym ze Złotooką, potem Złotooka wyszła na salony. Kaja też chyba chciała, ale się nie udało, bała się innych kotów, warczała na nie i denerwowała je, więc ciągle dochodziło do starć. Złotooka znalazła dom, a Kaja znowu jest sama, mieszka zamknięta w pokoju, oddzielona od reszty kotów. Jest grzeczna, ale widać, że brakuje jej towarzystwa, tęskni za ludźmi, pewnie chętnie też pobawiłaby się z jakimś kotem, pod warunkiem, że byłby jeden, a nie kilkanaście… Szukamy dla niej domu, ale jakoś ta czarna, śliczna panienka nie ma szczęścia i nikt się nią nie interesuje.

Dziś piątek trzynastego, święto czarnych kotów. Może przyniesie szczęście Kai i Gryziuni?…

Złotooka od kwietnia ubiegłego roku mieszka sobie w jednym pokoju –
najpierw była tam zamknięta bo kwarantanna i leczenie, potem okazało
się, że ma alergię pokarmową, więc nie może podjadać z misek karmy
reszty kotów. Złotooka tak się przyzwyczaiła do swojego pokoju, że z
niego nie wychodzi, tylko przyjmuje wizyty innych kotów, kiedy
zostawiamy otwarte drzwi.

Od kilku miesięcy Złotooka ma towarzystwo Kai,
która też szuka domu. Kaja czasem robi wypady do przedpokoju, a nawet do
salonu, ale to tylko krótkie wycieczki krajoznawcze. Nie przeszkadza
nam to, bo Kaja może jeść normalną karmę, więc nawet jeśli coś tam
łyknie z misek w kuchni, nic się nie dzieje.

Jednak kilka dni temu Złotooka bardzo nas zaskoczyła. Wu znalazł
ją na blacie w kuchni! Pierwszy raz Złotooka sama z własnej woli
powędrowała tak daleko. Oczywiście zaraz wróciła do siebie, jednak
następnego dnia w kuwecie znalazły się dowody zbrodni… Złotooka
musiała się najeść zwykłej karmy, na którą zareagowała biegunką.
‚Zakazany owoc’ trochę jej zaszkodził. W sumie nie wiem komu bardziej – jej czy nam. Złotookiej chyba skutki niedozwolonego
obżarstwa nie przeszkadzały szczególnie, za to my musieliśmy intensywnie
wietrzyć ;-)

A oto Kajunia na wycieczce krajoznawczej do salonu:

Halloween to zwyczaj obcy i można się zżymać na nowe mody, ale przyznać
też trzeba, że to nowe „święto” ma swój urok. Lampiony z dyni i czarne
koty – to jest to, co nas kręci najbardziej ;-)

Dziś o czarnych kotach. Moim zdaniem mają w sobie magię i urok.
Zwłaszcza w nocy, kiedy czerń futra zlewa się z ciemnością i widać tylko
świecące oczy. Dawno temu miałam czarnego kocura, którego oczywiście
przytargałam z podwórka. Blacky miał kruczo-czarną błyszczącą sierść i
ogromne, żółte oczy. Całkowicie oswojony, ktoś po prostu wyrzucił go, w
dodatku zimą… Rodzice, mimo zaskoczenia, zgodzili się na kota w domu,
więc Blacky u nas został. Pierwszy wieczór, moja młodsza siostra
położyła się już spać i nagle słyszymy z jej pokoju cichutkie „mamo,
mamo, zabierz go! on ma oczy jak duszek!”.
Tak tak, pisząc to uświadomiłam sobie, że mój pierwszy domowy kot, to był właśnie czarny jak noc Blacky. Kochany kocur…

Oddałam już sporo czarnych kotów do nowych domów. Dopiero zaglądając do
albumu ze zdjęciami, uświadomiłam sobie ile ich było: MałaCzarna,
Szprycha, Bieżnik, Pchełka, Cyprys, Iglak, Zbój i Małpeczka. I jeszcze
Dźwiedź, który z zamknietej piwnicy trafił do koleżanki, która najpierw
szukała mu domu, a potem znalazła – u siebie :-) Wszystkie te koty są
czarne, a każdy zupełnie inny!

Dziś u nas są dwie czarne kotki. Obie szukają domów, które docenią urok czarnego kota.

Gryzelda
jest rodzoną siostrą białego Rózika (ale podobieństwo można znaleźć
tylko w białej plamce na szyi ;-) Jest śliczna – drobna, z wielkimi
żółtymi oczyskami. Kocha inne koty, uwielbia zwłaszcza Młodego.
Niestety, nie przepada za kontaktem z ludźmi (zwłaszcza ze mną), unika
dotykania i głaskania. O dziwo, kiedy już ją dorwę i głaszczę, pięknie
mruczy i nadstawia nawet brzuszek, co jest ponoć oznaką zaufania. Taka
panna z fochami ;-) Jej imię to pamiątka po naszym pierwszym spotkaniu.
Złapałam ją jako dzikiego kociaka, znienacka i gołą ręką, a ona mnie
ugryzła – mimo to nie puściłam i dlatego Gryzia jest dziś u nas. Bardzo
chciałabym jej znaleźć super dom.

Kajunia,
też czarna i też z białą plamką na szyi, jest oczywiście zupełnie inna :-) Spogląda na świat spod przymkniętych powiek, wyrażając w ten sposób
totalny luz i dystans do rzeczywistości. Ogromna z niej gaduła, jeśli
spóźnię się z podaniem śniadanka, dostaję od niej głośną i dobitną
reprymendę. Kaja bardzo lubi być głaskana, lubi też zabawę. Mieszka w
osobnym pokoju z inną kotką tymczasową, Złotooką
i bardzo się z nią zaprzyjaźniła. Kaja dostała imię na cześć gabinetu
weterynaryjnego Kajman. To niestety jest smutna historia… Rodzeństwo
Kai i jej matka zginęły na parkingu, który był ich „domem”. Myślę, że
Kaja już zupełnie nie pamięta tamtych czasów, jest z niej 100% domowego,
kochanego kotka.

Czarne koty są piękne!

Pokój Wu zajmują Dziewczynki. Dziewczynka duża – grubaśna Złotooka i
Dziewczynka mała, czyli Kaja-chucherko. Dziewczynki zżyły się ze sobą
calkiem, kiedy wchodzę do „ich” pokoju, najczęściej widuję je razem,
przytulone. Kaja, jak to kociak, miewa chwile głupawki i rozrabiactwa. I
to są chyba jedyne momenty, kiedy Złotooka jej nie lubi, unika, chowa
się przed nią, a nawet syczy. Jak już Kai głupawka przechodzi, Złotooka
znowu ją przytula i myje jej głowę, jakby na nią nawet raz nie syknęła.


Kiedy Wu wraca z pracy i wchodzi do „swojego” pokoju, często słyszę „Dziewczynki, ¿qué pasa?” A za chwilę do mnie – „czy nakarmiłaś już Dziewczynki?”

Karmienie Dziewczynek to operacja dość skomplikowana ze względu na
alergię Złotookiej. Duża Dziewczynka dostaje specjalną karmę w misce pod
oknem, a mała Dziewczynka musi być zamykana w klatce wystawowej, z
miseczką swojego kittena. Czy muszę pisać, że przy karmieniu Dziewczynki
najchętniej zamieniłyby się miskami? Kaja zawsze pierwsza dopada do
miski Złotookiej, pożera szybko kilka chrupek, ja ją zabieram, wsadzam
do klatki. Złotooka podąża za nami, siada przed klatką z Kają i – przede
wszystkim – z miską Kai, i patrzy… Tęsknie patrzy na karmę, której
nie może jeść.

Na początku cieszyłam się, że Kaja tak dużo zjada, ale Wu wyprowadził
mnie z błędu. Wszedł kiedyś do pokoju Dziewczynek podczas ich posiłku i
przyłapał je na gorącym uczynku. W klatce siedziała Kaja, przed nią
miska z chrupkami, a w tej misce łapa Złotookiej! Duża Dziewczynka
wyciągała sobie małe chrupki przez kratę klatki. Od tej pory miskę Kai
stawiam w głębi, Złotooka jest niepocieszona.

Dziewczynki dnie spędzają we dwie, a w nocy jest z nimi Wu. Mają wesoło -
Złotooka myje mu głowę, a Kaja po nim skacze. Z Dziewczynkami nie
sposób się nudzić :-) Dziewczynki są do wzięcia.

Kaja

5 komentarzy

Złotooka zyskała towarzystwo. Chyba nie narzeka, wręcz odwrotnie, chociaż bywają trudne chwile… Ale od początku.

Niespełna dwa tygodnie temu zajmowaliśmy się kocią rodziną na parkingu dealera samochodów, przy bardzo ruchliwej ulicy. Zajmowaliśmy się to za dużo powiedziane w sumie… Miejsce, które pewna kotka wybrała dla swoich kociąt, było dla nich bardzo złe. Dwa kociaki zginęły potrącone przez samochody (lub motocykle), kotka też umarła, los trzeciego kociaka jest nieznany, a czwarty kociak to Kaja.

Strażnik z parkingu, który dokarmiał nieszczęsną kocią rodzinę, powiedział, że Kaja była najbardziej nieśmiała i nigdy nie wychodziła poza ogrodzenie parkingu. To uratowało jej życie. O tym parkingu dowiedzieliśmy się z forum, kiedy zginął pierwszy kociak. Drugiego kociaka znaleźliśmy potrąconego, w pobliskiej lecznicy Kajman próbowano go ratować, ale się nie udało. Po tych tragediach nie było na co czekać, następnego dnia złapaliśmy Kaję i zainstalowaliśmy w naszej łazience. Mamy kociąt nie udało nam się złapać, a dzień później Wu znalazł ją nieżywą…

Kaja miała ok. 3 miesiące, kiedy do nas trafiła. Bardzo się bała i dziczyła. Ja też się bałam, bo to już nie jest dobry wiek na oswajanie kociąt, nie byłam pewna czy się uda. Ale bałam się zupełnie niepotrzebnie! Kajunia oswoiła się błyskawicznie. Już po kilku dniach pięknie mruczała i domagała się głaskania. Klatkę z Kają przenieśliśmy do pokoju Wu, w którym rezyduje Złotooka (w łazience nie można się było ruszyć, klatka zajmowała prawie całą podłogę). Oczywiście Kaja domagała się wypuszczania, więc podjęłam to ryzyko. Na początku szybko znikała gdzieś w książkach czy za biurkiem, ale wywabiałam ją jedzeniem. Teraz już się tak nie bunkruje, a zawołana sama wychodzi, mruczy i ociera się. Kaja mruczy od samego spojrzenia, mruczy kiedy się do niej coś mówi, mruczy podczas zabawy. Niesamowita jest.

Złotooka szybko oswoiła się ze współlokatorką. Jest tak miła, że myje Kajuni głowę (tak oto rozszerzyła swoją działalność, bo zaciekle myje też głowę Wu oraz moją, jeśli jej na to pozwolę). Harce kociaka rozruszały złotookiego tłuścioszka, dużo więcej się bawi myszkami. Czasem nawet Kaja i Złotooka bawią się razem, co jest wybitnie komiczne, wielka gruba burasia i chude, czarne chucherko!

I tylko z jedzeniem mamy problem. Złotooka nie może jeść tego, co dostaje Kaja. Na posiłki Kajunię zamykamy w klatce – a wtedy Złotooka robi się strasznie smutna i tak patrzy… Widać, że marzy o spróbowaniu smakołyków, których jej nie wolno. Nawet kiedy w środku już nie ma Kai, nie ma jej jedzenia – Złotooka siada i „czaruje” klatkę, jak to określił Wu.


  • RSS