sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: bunkier

…chciałabym życzyć wszystkim kotom dużo szczęścia, zdrowia i pomyślności. I własnego domu. Kotom domowym życzę ciepłego, bezpiecznego domu pełnego miłości i fajnych opiekunów. Kotom wolno żyjącym życzę ciepłych piwnic, pełnych misek i życzliwych ludzi. Żeby każdy kot na świecie miał swoje miejsce, w którym będzie mu dobrze.

A ludziom życzę, żeby każdy miał kota, którego kocha albo lubi. Albo żeby przynajmniej uśmiechał się na widok kotów.
Bo koty są fajne.

Z okazji Dnia Kota zamieszczam zdjęcie Bunkierka (troszkę wczorajsze, bo walentynkowe – ale to przecież taki słodziak!). I życzę Bunkierkowi, żeby wreszcie znalazł swój dom i fajnych ludzi.

Wróciłam z króciutkiej podróży, klawiatura wreszcie normalna, można pisać ;-)

Koci tłumek przywitał mnie w drzwiach, jak zwykle. Wszystkie nasze koty przychodziły do mnie na głaskanie (nawet Fredzia przyszła), wszystkie koty tymczasowe dziczyły jak zwykle. A nawet bardziej – Pigalaki chyba ciut zapomniały kto ja jestem, w każdym razie nie chciały się ze mną zadawać w ogóle… Houston, mamy problem.

Bo bracia są cudowni, przytulaśni, rozmruczani – ale tylko w stosunku do nas. Kiedy przychodzi ktoś z zewnątrz, znikają jak sen złoty. Kotków nie ma po prostu. Niedawno nie było nas ponad dwa dni, moja mama opiekowała się kotami i przez ten czas w ogóle Pigalaków nie widziała. Nawet końcówki ogonka. Ostatnio, kiedy przyjechała nowa opiekunka po Maluszka, siedziałyśmy w pokoju dość długo i rozmawiałyśmy, więc Bunkierkowi chyba wydawało się, że ten obcy człowiek już sobie poszedł. Pierwszy raz widziałam kota, który hamuje w powietrzu – Bunkier dał susa do pokoju, w połowie skoku zobaczył gościa i zamarł, wytrzeszczył oczy, po czym czmychnął z powrotem do kryjówki. Kanarek jest ostrożniejszy, chowa się lepiej, a jeśli mu sie to nie całkiem uda, to zastyga w bezruchu i udaje, że nie istnieje. Obaj bracia, na co dzień przymilni i kochani, przy kimś obcym dziczą straszliwie, wyrywają się, drapią i uciekają gdzie pieprz rośnie. Najczęściej pod wersalkę, do skrzyni z pościelą.

Po kilku dniach nieobecności bracia uznali mnie za obcą, choć nie całkiem – mogłam na nich patrzeć, nie mogłam dotknąć. Na szczęście już im przeszło, już znowu dają się głaskać i smyrać pod bródką, nadstawiają brzucha, przychodzą zawołani i mruczą jak szaleni. Jutro rano, kiedy zadzwoni budzik, Bunkier pewnie jak zwykle z gracją słonika wskoczy na mój brzuch i wsadzi mi wibrysy w nos. A potem zacznie się wyginać nadstawiając do miziania, przez co sturla się ze mnie a może i całkiem z łóżka. Kanarek zaś będzie skromnie podtykał lepek pod moją rękę, żeby go podrapać za uszkiem.

Małe, głupie „dzikuski”.

  

Dziś jest Dzień Kota! Międzynarodowy nawet.

Z tej okazji ogłaszam, że Kudłata Fredzia została pasowana na naszą rezydentkę i nigdzie się już nie wybiera. Za to wybrał się Maluszek, mieszka już w nowym domu i – tradycyjnie – jest mu tam chyba lepiej niż było u nas ;-)

Domu szukają dwa słodziaki Pigalaki. Bunkierek na pierwszym planie) i Kanarek (w tle). Bracia są cudowni, mają miszcza w mruczeniu, kochają się niezwykle, niczym Żwirek z Muchomorkiem. Dlatego szukamy dla nich jednego domu, żeby mogli sobie nawzajem myć czółka, jak to mają w zwyczaju.

pigalaki

A dwa lata temu powstała Koteria.

Z okazji Dnia Kota życzymy wszystkim kociarzom i ludziom kotolubnym WSZYSTKIEGO NAJKOCIEŃSZEGO!!!

Życie z persem jest usłane różami. Już trochę zapomniałam jak to jest z persami, ale nasz gość, mroczny książę o imieniu Maluszek, wszystko mi przypomina. Trochę pamiętnikowych wpisów z życia z persem jest na blogu Wu:
Jak Maluszek szukał domu i jak go dotąd nie znalazł – część I
Jak Maluszek nie znalazł domu i jak go szuka do dziś – część II

Ja wspomnę tylko o dwóch zaletach perskiej sierści.

Pewnego dnia rano, kiedy gorączkowo wybierałam się do pracy, Wu stwierdził, że w pokoiku śmierdzi i chyba gdzieś któryś maluch (Bunkier albo Kanar) narobił, ale nie wiadomo gdzie*. Kilka minut później, kiedy już miałam zakładać kurtkę, usłyszałam krzyk „masz czas umyć persika?” Okazało się, że nasz książę ciemności Maluszkiem zwany się… obsrał. Wszystko, co zrobił, zostało mu w portkach, przy tyłku, przyczepione do kudłów.
A dużo tego było. Wu po tym odkryciu wrzucił mrocznego Maluszka do łazienki, żeby ratować pokoik. Maluszek tymczasem rozsmarował sporo kupy w łazience, zanim ja go dorwałam i próbowałam umyć. Nie miałam szans, w końcu Wu brudnego księcia trzymał za przód, a ja prałam tył kota nad wanną. Persik nie był tym zachwycony, ale ja chyba byłam bardziej wściekła. I spóźniłam się do pracy przez ten gówniany poranek.

Maluszek

Na razie z kupą w portkach przygoda się nie powtórzyła, za to perski książę daje mi popalić kołtunami. Ze zgrozą odkryłam filc na jego piersi – podczas czesania on zawsze ssie tę swoją łapę, a drugą „wiosłuje” no i kawałek kota w ten sposób jest zasłonięty. A ja, głupia, nie zauważyłam. Do niedawna. Teraz filc trzeba wycinać, a to nie jest proste, bo książę ciemności, aka Filcuś, swojej piersi skołtunionej broni zębami i pazurami. Nie podoba mu się wyczesywanie i wycinanie kołtunów. Muszę to robić powolutku, na raty, podstępem i wogle. A i tak co chwila siecze mnie opazurzona łapa księcia filcu.
Postanowiłam przystymulować Maluszka pozytywnie – za chwilę cierpliwości przy czesaniu nagradzam go mlecznym dropsem. Na razie 1:0 dla persa, wyłudził kilka dropsów i zwiał.

* Wu do dziś nie przeprosił braci Pigalaków za te niecne oskarżenia. Na miejscu Bunkierka i Kanarka byłabym obrażona śmier-tel-nie, bo chłopcy są bardzo celni jeśli o kuwetę chodzi. Żadnych wpadek.

Dziś byliśmy na spacerze. Śnieg padał, było ślicznie i zimno.

I tak sobie pomyślałam o braciach z Pigalaka – co by się z nimi działo, gdyby nie chcieli wleźć do klatki-łapki? Gdyby zostali na wolności? Teraz jest mróz i śnieg, wejście do ich bunkra całkiem zasypane i zmrożone, pod ciężarem śniegu przygiął się do ziemi blaszany daszek zamykając wejście. Jakiś kot tam chodzi, bo ślady w śniegu zostawia – ale wejść nie może… Czy Bunkier i Kanar, dwa maluchy, czy daliby sobie tam radę? Pewnie nie. Za późno się urodzili, za mali są na mroźną zimę na wolności. Nawet ich mama nie wróciła do siebie, bo za zimno. Po kilku tygodniach w cieple, z wygolonym po kastracji brzuszkiem, nie mogła wrócić. Na szczęście znalazł się dla niej świetny dom i bardzo cierpliwa osoba, która spróbuje kotkę oswoić (już są postępy), a jeśli to się nie uda – na wiosnę wypuści kotkę na wolność.

A Bunkier i Kanar, czyli Bunio i Kanarek, wylegują się w cieple, bawią się sztucznymi myszkami i piłeczkami, mruczą od jednego lekkiego dotyku człowieka. Chyba całkiem podoba im się życie domowe ;-) No i stali się bohaterami gwiezdnej sagi KOtMIKSOWEJ! Wydaje mi się, że gdyby wtedy w listopadzie przeczuwali chociaż co ich czeka, to szybciej by do tej klatki wleźli! No, przynajmniej Kanar, bo Bunkierek w sumie wlazł od razu.

Kiedy na dworze ziąb i zawierucha, fajnie się pogrzać w domowym cieple, przy kaloryferze. No i można poudawać, że telewizor to kominek, polansować się w blasku „ognia”. Kudłata pewnie już nie pamięta jak było na działkach, gdzie się urodziła. Zresztą, nie zdążyła tam zaznać zimy, no i dobrze. Zima nie jest fajna jeśli nie ma się gdzie schronić i ogrzać.

W Nowy Rok wchodzimy z 15 kotami (naszymi i tymczasowymi) na pokładzie. Chciałabym napisać, że żadne nie zaznało zimna, ale Całka wie co to mróz – za kilka dni minie dziesiąta rocznica jej znalezienia. Leżała ledwo żywa na mrozie i śniegu, w oknie sutereny. Zabrałam ją i po prostu wyszłam z wykładu matematyki, żeby pojechać z zaropiałym szkielecikiem do weterynarza. Całeńka, może czyjś nietrafiony prezent gwiazdkowy, wyzdrowiała i została moim pierwszym uratowanym przed zimą kotem.

(imiona mają znaczenie)

Kociaki z warszawskiego pigalaka. Bunkra (tego ciemniejszego) łapaliśmy pół godziny, jego brata Kanara - 15 godzin! Przetrzymał nas chłopak, ale w końcu o wpół do trzeciej w nocy wlazł do klatki. Serdeczne podziękowania dla łapaczy – Wu, Heni i pań Maryli oraz Małgosi, które ten nocny dyżur pełniły. Oraz dla pomocnych panów pilnujących w szkole.

Bunkier i Kanar

Kanar - bo w drodze na łapankę dowiedziałam się, że moja karta miejska dzień wcześniej straciła ważność… I stówka w plecy.
Bunkier - bo kociaki urodziły się w bunkrze przy gimnazjum nr 43.

Tak to bywa, jeżeli w sloneczny dzień, w przerwie na luch nie idzie się coś zjeść, ale na spacer…
Kociaki oswajają się u nas i szukają domu, ich mamusia po sterylizacji w Koterii wróci na teren gimnazjum.


  • RSS