sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: adopcja-kota

Jest taki stary czeski film, bajka. Główną rolę gra tam
młodziutka Helena Vondrackova. To taki film muzyczny w starym stylu, a
tytuł bardzo pasuje do notki o Złotookiej.

Mamy w domu piękną i szalenie smutną koteczkę. Jest już dorosła, ale
jeszcze młoda. Jest bura, ale ma biały żabocik i białe, jakby w mleku
umaczane łapki. I ma wielkie, złote oczy. Szalenie smutne oczy.

Złotooka jest u nas już kilka miesięcy i caly ten czas spędziła sama,
samiusieńka. Mieszka oddzielnie, zamknięta w pokoju. To pokój Wu, więc
Złotooka ma trochę towarzystwa, głównie w nocy – Wu z nią nocuje, żeby
nie była taka całkiem i cały czas sama. W nocy Złotooka, zadowolona z
towarzystwa, poprawia Wu fryzurę. W dowód swojej miłości i wdzięczności
za towarzystwo, Złotooka po kociemu myje mu głowę.

Dlaczego ta bura królewna jest taka szalenie smutna? Czemu jeszcze nie
znalazła nowego domu, w którym nie będzie skazana na samotność i smutek?
Może dlatego, że jest dorosła i bura… Albo przez to, że ma alergię
pokarmową i musi jeść tylko specjalistyczną karmę, bo inaczej ma rany na
szyi i biegunkę. A może jej historia po prostu nie jest dostatecznie
smutna. Nie wiem. Wiem, że szalenie smutna Złotooka nie ma szczęścia w
życiu.
Najpierw była domową kotką, ale ktoś ją wywalił na dwór, na teren opuszczonej fabryki.
Potem trafiła do Koterii, ale okazało się, że nie trzeba jej
sterylizować, bo już ktoś kiedyś o to zadbał (jak jeszcze miała dom).
Kiedy trafiła do nas, do DT, zaczęła mieć problemy z brzuchem i trzeba było ją wyleczyć z kokcydiów.
Kiedy już miała zostać wypuszczona z pokoju, w którym przebywała na
kwarantannie, okazało się, że Złotooka nie może jeść tego, co nasze
koty, przez alergię pokarmową. Więc musi zostać zamknięta i sama.
Złotooka ma ogłoszenia, ale kto by chciał burą kotkę. Kiedy ktoś się nią
jednak zainteresował, to okazywało się, że Złotooka jest zbyt spokojna,
albo jednak został przygarnięty mały słodki kociaczek, albo rodzina nie
zgodziła się na kota z alergią.

No i pewnie dlatego Złotooka jest teraz taką szalenie smutną królewną, to znaczy koteczką.
Bo jest samotna i nikt jej nie chce. Mimo pięknych, złotych oczu. Mimo
cudownego charakteru i ogromu miłości do ludzi. Nikt nie chce
Złotookiej, chociaż ona jest taka spokojna i niczego nie niszczy, a
jednocześnie tak lubi się bawić patyczkiem z piórkami. Chociaż tak
pięknie się przytula i mruczy. Bez problemu zjada swoją specjalistyczną
karmę. Trafia do kuwety. Jest zdrowa (oprócz alergii) i śliczna (chociaż
bura). I troszkę za gruba, bo w swojej samotności pociesza się jedzeniem. I szuka dobrego domu…

Złotooka, nasza nowa tymczasia, gości w pokoju gościnnym, który tak naprawdę jest pokojem Wu, a funkcja gościnna jest dodatkowa (nawet nie wiem czy równorzędna, chyba nie ;-). Jak dotąd nie było z tym żadnych problemów, wręcz odwrotnie – Wu przebywając na przykład z dzikawymi jeszcze kociakami, oswajał je z obecnością człowieka, a jeżeli w pokoiku zamknięty był bardzo towarzyski kot, to obecność człowieka (Wu) wykorzystywał do miziania się i głasków.
No, teraz też w sumie nie ma problemów, tylko jest spór o fotel. Złotooka najbardziej lubi sobie polegiwać na fotelu, który stoi przy biurku. A Wu, kiedy coś robi (np. KOtMIKSY), potrzebuje tego fotela do siedzenia. I pojawia się konflikt. Na przykład teraz – Wu coś robił przy biurku, przyszedł do mnie, wrócił i słyszę z pokoiku skargę „ona już znowu na fotelu siedzi!”.

Kiedyś moi rodzicie mieli psa, takiego średniej wielkości kundelka. Miał na imię Emil. W salonie rodzice mieli dwa fotele, ale tylko z jednego dobrze się oglądało TV – niestety, to był także ulubiony fotel Emilka. Mój tata ścigał się z psem, kto pierwszy zajmie fotel. Bo jak już pies na fotelu zaległ, przyklepane, ojciec nie potrafił (nie chciał) go zrzucać. Dlatego, jeśli ojcu udało się zająć fotel, to potem strach wstać, bo od razu pies wskoczy. Aż tata wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Rezerwował fotel za pomocą krzesła. Jeśli tata musiał wstać z fotela, od razu kładł na fotelu krzesło do góry nogami – i wtedy Emil już na fotel nie wskakiwał.

Na psa patent z krzesłem działał, czy na kota też byłby dobry? Nie wiem, śmiem wątpić. Złotooka nie wyglada na kotkę, której jakieś głupie krzesło przeszkadza. Z drugiej strony – Wu się też nie certoli, przekłada kotkę na kanapę i już. Wielka mi bitwa o fotel.

Złotooka

4 komentarzy

No i mamy nową lokatorkę. Bura kotka z białymi łapkami, jakby w mleku zamoczyła. I ma biały żabocik. Ale przede wszystkim – ma ogromne, złote oczy. Największe, jakie widziałam u dachowca (bo persy i prawie-persy to wiadomo, wielkimi oczyskami łypią).

Złotooka Burania ma swój pokój (gościnny, bo wiele kotków gościł, jak mawia Wu), gdzie głównie wypoczywa na fotelu oraz najada się za wszystkie czasy. Ciągle trzeba jej miskę uzupełniać. Kiedy jakiś człowiek wchodzi do jej pokoju, zagaduje i przychodzi na pieszczoty. Dziś rano Młody przedarł się do niej, nie była zadowolona. Myszkami się nie bawi, piórka na patyku owszem, gania.

Złotooka miała być dziką kotką, złapaną na sterylkę w fabryce w Ursusie. Okazała się kotką oswojoną i już wysterylizowaną – w Koterii znaleziono bliznę na jej brzuszku.  Ktoś się jej pozbył po prostu… Jest młoda, śliczna i przemiła, poza tym chuda, ma kiepską sierść. Nie mogła wrócić na ulicę, więc trafiła do nas. Nasz dom to tylko chwilowe schronienie dla Złotookiej kotki, mam nadzieję, ze znajdzie prawdziwy, kochający dom. Taki na zawsze.

  

Wróciłam z króciutkiej podróży, klawiatura wreszcie normalna, można pisać ;-)

Koci tłumek przywitał mnie w drzwiach, jak zwykle. Wszystkie nasze koty przychodziły do mnie na głaskanie (nawet Fredzia przyszła), wszystkie koty tymczasowe dziczyły jak zwykle. A nawet bardziej – Pigalaki chyba ciut zapomniały kto ja jestem, w każdym razie nie chciały się ze mną zadawać w ogóle… Houston, mamy problem.

Bo bracia są cudowni, przytulaśni, rozmruczani – ale tylko w stosunku do nas. Kiedy przychodzi ktoś z zewnątrz, znikają jak sen złoty. Kotków nie ma po prostu. Niedawno nie było nas ponad dwa dni, moja mama opiekowała się kotami i przez ten czas w ogóle Pigalaków nie widziała. Nawet końcówki ogonka. Ostatnio, kiedy przyjechała nowa opiekunka po Maluszka, siedziałyśmy w pokoju dość długo i rozmawiałyśmy, więc Bunkierkowi chyba wydawało się, że ten obcy człowiek już sobie poszedł. Pierwszy raz widziałam kota, który hamuje w powietrzu – Bunkier dał susa do pokoju, w połowie skoku zobaczył gościa i zamarł, wytrzeszczył oczy, po czym czmychnął z powrotem do kryjówki. Kanarek jest ostrożniejszy, chowa się lepiej, a jeśli mu sie to nie całkiem uda, to zastyga w bezruchu i udaje, że nie istnieje. Obaj bracia, na co dzień przymilni i kochani, przy kimś obcym dziczą straszliwie, wyrywają się, drapią i uciekają gdzie pieprz rośnie. Najczęściej pod wersalkę, do skrzyni z pościelą.

Po kilku dniach nieobecności bracia uznali mnie za obcą, choć nie całkiem – mogłam na nich patrzeć, nie mogłam dotknąć. Na szczęście już im przeszło, już znowu dają się głaskać i smyrać pod bródką, nadstawiają brzucha, przychodzą zawołani i mruczą jak szaleni. Jutro rano, kiedy zadzwoni budzik, Bunkier pewnie jak zwykle z gracją słonika wskoczy na mój brzuch i wsadzi mi wibrysy w nos. A potem zacznie się wyginać nadstawiając do miziania, przez co sturla się ze mnie a może i całkiem z łóżka. Kanarek zaś będzie skromnie podtykał lepek pod moją rękę, żeby go podrapać za uszkiem.

Małe, głupie „dzikuski”.

  

Dziś jest Dzień Kota! Międzynarodowy nawet.

Z tej okazji ogłaszam, że Kudłata Fredzia została pasowana na naszą rezydentkę i nigdzie się już nie wybiera. Za to wybrał się Maluszek, mieszka już w nowym domu i – tradycyjnie – jest mu tam chyba lepiej niż było u nas ;-)

Domu szukają dwa słodziaki Pigalaki. Bunkierek na pierwszym planie) i Kanarek (w tle). Bracia są cudowni, mają miszcza w mruczeniu, kochają się niezwykle, niczym Żwirek z Muchomorkiem. Dlatego szukamy dla nich jednego domu, żeby mogli sobie nawzajem myć czółka, jak to mają w zwyczaju.

pigalaki

A dwa lata temu powstała Koteria.

Z okazji Dnia Kota życzymy wszystkim kociarzom i ludziom kotolubnym WSZYSTKIEGO NAJKOCIEŃSZEGO!!!

Nasza Małpeczka, Mała Wu. Czarna, pełna miłości koteczka, biegająca i wołająca „uh uh”. Tyle czasu u nas była… Pod koniec listopada Małpeczka zmieniła adres. To było niesamowite, bo kiedy przyszli jej nowi (wówczas jeszcze ewentualni) opiekunowie, na pierwszą wizytę zapoznawczą, Małpeczka od razu przyszła do nich, położyła się, przytuliła i kazała się głaskać. I tak przez całą wizytę. Tak, jakby sobie swoją opiekunkę wybrała, jakby wiedziała…

Właśnie wróciliśmy z wizyty u Małpeczki. Ma na imię Mori. Wypiękniała, przytyła, ale zachowuje się jak to ona – biega,
bawi się, skacze i gada. Ma koleżankę MCO, ale nie bardzo chce się z nią
zadawać, za to ludzi kocha. Widać, że jest szczęśliwa w swoim domu. A nas już za bardzo nie pamięta. Jest dokładnie tak, jak powinno być!

Dziś byliśmy na spacerze. Śnieg padał, było ślicznie i zimno.

I tak sobie pomyślałam o braciach z Pigalaka – co by się z nimi działo, gdyby nie chcieli wleźć do klatki-łapki? Gdyby zostali na wolności? Teraz jest mróz i śnieg, wejście do ich bunkra całkiem zasypane i zmrożone, pod ciężarem śniegu przygiął się do ziemi blaszany daszek zamykając wejście. Jakiś kot tam chodzi, bo ślady w śniegu zostawia – ale wejść nie może… Czy Bunkier i Kanar, dwa maluchy, czy daliby sobie tam radę? Pewnie nie. Za późno się urodzili, za mali są na mroźną zimę na wolności. Nawet ich mama nie wróciła do siebie, bo za zimno. Po kilku tygodniach w cieple, z wygolonym po kastracji brzuszkiem, nie mogła wrócić. Na szczęście znalazł się dla niej świetny dom i bardzo cierpliwa osoba, która spróbuje kotkę oswoić (już są postępy), a jeśli to się nie uda – na wiosnę wypuści kotkę na wolność.

A Bunkier i Kanar, czyli Bunio i Kanarek, wylegują się w cieple, bawią się sztucznymi myszkami i piłeczkami, mruczą od jednego lekkiego dotyku człowieka. Chyba całkiem podoba im się życie domowe ;-) No i stali się bohaterami gwiezdnej sagi KOtMIKSOWEJ! Wydaje mi się, że gdyby wtedy w listopadzie przeczuwali chociaż co ich czeka, to szybciej by do tej klatki wleźli! No, przynajmniej Kanar, bo Bunkierek w sumie wlazł od razu.

Kiedy na dworze ziąb i zawierucha, fajnie się pogrzać w domowym cieple, przy kaloryferze. No i można poudawać, że telewizor to kominek, polansować się w blasku „ognia”. Kudłata pewnie już nie pamięta jak było na działkach, gdzie się urodziła. Zresztą, nie zdążyła tam zaznać zimy, no i dobrze. Zima nie jest fajna jeśli nie ma się gdzie schronić i ogrzać.

W Nowy Rok wchodzimy z 15 kotami (naszymi i tymczasowymi) na pokładzie. Chciałabym napisać, że żadne nie zaznało zimna, ale Całka wie co to mróz – za kilka dni minie dziesiąta rocznica jej znalezienia. Leżała ledwo żywa na mrozie i śniegu, w oknie sutereny. Zabrałam ją i po prostu wyszłam z wykładu matematyki, żeby pojechać z zaropiałym szkielecikiem do weterynarza. Całeńka, może czyjś nietrafiony prezent gwiazdkowy, wyzdrowiała i została moim pierwszym uratowanym przed zimą kotem.

(imiona mają znaczenie)

Kociaki z warszawskiego pigalaka. Bunkra (tego ciemniejszego) łapaliśmy pół godziny, jego brata Kanara - 15 godzin! Przetrzymał nas chłopak, ale w końcu o wpół do trzeciej w nocy wlazł do klatki. Serdeczne podziękowania dla łapaczy – Wu, Heni i pań Maryli oraz Małgosi, które ten nocny dyżur pełniły. Oraz dla pomocnych panów pilnujących w szkole.

Bunkier i Kanar

Kanar - bo w drodze na łapankę dowiedziałam się, że moja karta miejska dzień wcześniej straciła ważność… I stówka w plecy.
Bunkier - bo kociaki urodziły się w bunkrze przy gimnazjum nr 43.

Tak to bywa, jeżeli w sloneczny dzień, w przerwie na luch nie idzie się coś zjeść, ale na spacer…
Kociaki oswajają się u nas i szukają domu, ich mamusia po sterylizacji w Koterii wróci na teren gimnazjum.

Trzy lata temu mąż mojej ówczesnej szefowej przywiózł mi kociaka z jakiejś knajpy na Polach Mokotowskich. Kociak zdrowy, oswojony, przyplątał się. Tak wtedy wyglądała Zizou:

Niedawno dostałam wiadomość, że Zyzanka nie może zostać w swoim domu. Zmieniło się dużo, ubył człowiek, przybyły koty, dużo kotów. Zyzanka jest w stałym konflikcie z kotami, całe dnie i noce spędza pod meblami, tam dostaje jedzenie, ma kuwetę. Dramat.

Według umowy adopcyjnej powinnam zabrać Zyzankę, ale u nas jest jeszcze więcej kotów (teraz 13). Dla Zyzanki to nie byłaby zmiana na lepsze, to byłoby piekło. Straciłaby dom i kochanego człowieka (Zyza uwielbia ludzi), a nie zyskałaby niczego w zamian. Jej potrzebny jest spokój…

Bardzo, bardzo pilnie potrzebny jest Dom, gdzie Zyzanka byłaby jedynaczką, albo miałaby jednego kota do kolegowania się. Albo chociaż Dom Tymczasowy z podobnymi warunkami lub przynajmniej możliwością izolacji. U nas Zizou była zaprzyjaźniona z kotami, w obecnym domu też do pewnego momentu, teraz tam dla Zyzki kotów jest po prostu za dużo.

Zyzanka jest fizycznie zdrowa, przebadana, zaszczepiona. Psychicznie bardzo cierpi i potrzebuje nowego, spokojnego domu.

Kociak ze skrzynki na gaz, Gazinka – była u nas trzy miesiące. Mały marmurkowo-biały cud, który tak głośno darł się, że nie mogłam przejść obojętnie.

Ilekroć przechodzę koło tamtej uśmiecham się sama do siebie.

Dzisiaj nasza Gazinka już nie jest nasza i ma na imię Izis. Szaleje w nowym domu razem z drugą egipską boginią, burą Bastet. I z prosiakami, jak je czule nazywają opiekunowie – czyli świnkami morskimi. Trochę tęsknimy, ale codzienne relacje z nowego domu wynagradzają nam brak małej asystentki przy sprzątaniu kuwet.

(…)
Izis zaliczyła pierwszą drzemkę w klatce prosiaków, ale na razie bez przytulanek. Śpi również w szafie, na półce z moimi ulubionymi swetrami… oczywiście jest ładniejsza niż wszystkie one razem wzięte, ale żeby się położyła po prostu – ok, ale nie…. Izis ma własną wizję tego jak powinno wyglądać posłanie dla małego kota: wszystkie swetry rozkopane tworzą coś w rodzaju stożka wulkanicznego, a ona na wierzchu jak wylewająca się z Wezuwiusza lawa, nogi zwisają, głowa zwisa, a pod przednimi łapkami leży przytargany uprzednio patyk z piórkami…
w każdej rzeczy należy się dopatrywać plusów, zatem cieszę się, że nie przytargała na moje swetry czegoś do żarcia zamiast patyka z pórkami (…)

Wszystkie zabawki idą precz, kiedy widzą najwspanialszą zabawkę świata – torbę z siankiem węgrowskim dla świnek….. myślałam, że tylko Bastet jest taka nawiedzona, ale Izis tak samo. Zdążę tylko dać prosiakom sianko, a juz obie są w klatce, kopią stosy, wywlekają na zewnątrz albo uwalają się na nim, a nawet wyżerają … biedne świniaki muszą czekać, aż dwa tygrysy się wybawią i najedzą i dopiero mogą podejść i zjeść swoje własne sianko :)… no cóż, dobrze, że nie wyżerają pietruszki i ogórków prosiętom (…)

A ja znalazłam kilka zdjęć Gaziny jeszcze z naszego domu. Na przykład jak polowała na gołębia. To znaczy, bardzo chciała na niego zapolować.

    

Niestety. Gołąb odleciał, a Gazina została…


  • RSS