sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

Nie miałam pojęcia, że mam tak umięśnione ręce i plecy. Nie wiedziałam, że tyle mięśni może pobolewać ;-) Ach ach, człowiek nienawykły do pracy fizycznej, nic dziwnego, że organizm przeżywa szok. Ale to szok taki… pozytywny, bo choć plecy pobolewają, łagodzi ten ból miłe uczucie spełnienia. Nie ma to jak zrobić coś pożytecznego!

  

Ośrodek dla kotów miejskich KOTERIA się przeprowadza. A nowy lokal przed zasiedleniem trzeba trochę poprawić, żeby kotom było miło i czysto. Wiele prac mogą zrobić amatorzy, wolontariusze, pod okiem fachowca. I dlatego chyba każdą sobotę sierpniową mamy już zaplanowaną ;-) Wczoraj wprawdzie lokal po naszym wyjściu wyglądał ciut gorzej niż na wejściu, ale to tylko stan przejściowy. Żeby coś zbudować czasem trzeba najpierw trochę zburzyć. W każdym razie spędziłam ten dzień dużo fajniej i lepiej niż gdybym poszła do kina i na lody. Może to dlatego, że w towarzystwie przemiłych zapaleńców? Albo, jako „człowiek biurowy” na co dzień, stukający w klawiaturę i gapiący się w monitor, nienawykła do pracy, której efekty są widoczne i wręcz namacalne, zachwyciłam się tym? Być może sprawiła to tylko pizza i pepsi, w każdym razie – było super i jestem z siebie dumna. Wyjmowałam ze ścian kołki, szpachlowałam dziury, zeskrobywałam sto warstw farby olejnej z ram okien. I co chwila gubiłam się w labiryncie pomieszczeń nowego lokalu. Przyszła sobota zapowiada się też super, bo będzie malowanie. A pomieszczenia mają 3,5 metra wysokości!

Jeśli wydaje się Wam, że mi odbija, to polecam zajrzenie do notki na blogu Koterii i na stronę Koterii na facebooku. A może ktoś chce do nas dołączyć? Każda para rąk do pomocy się przyda!
Co sobota jest robota :-)
Dla kotów!!!

 



Kot w butach! A to dziwy!
Czy aby jest prawdziwy?


Zawołali Król z Królewną w bajce Jana Brzechwy. Ach, jaka to cudowna bajka muzyczna! Miałam w dzieciństwie książkę, słuchałam płyty. Do dziś fragmenty znam na pamięć. I chociaż jednak postaci kota w butach nie darzę szczególnym sentymentem, to jego motyw jakoś znalazł się wśród naszych „kocich zbiorów”.

  
Oba koty są metalowe i z dawnego ZSRR, ale nie mam pojęcia jak się nazywają fachowo techniki ich wykonania. Oba obrazki bardzo mi się podobają (mimo tych butów i kapeluszy ;-)

 

Po drugiej części Shreka, w której pojawił się Puszek o cudownym spojrzeniu biednego kociaczka, pojawiło się też sporo koto-w-butowych gadżetów i zabawek. Nie uległam, nie zbierałam. Nie wiem jakim cudem powyższe shrekowe koty w butach znalazły się w naszych zbiorach! Ale lubię tego kota na cukierki, chociaż trochę makabrycznie się je wyjmuje.

Nie jestem zwykłym kotem,
Wnet się przekonasz o tym.
Są koty martuzjańskie,
Kubańskie i birmańskie,
Syjamskie i tobolskie,
Są chińskie i są polskie,
A ja – to rzadka rasa,
Rasa, co dotąd hasa
Na Wyspach Bergamutach
I zawsze chadza w butach.


  

  Kot w butach, ale bez kapelusza (platerowany kubeczek), czasem na drzewie! (porcelitowy kubek), kot z kapeluszem, ale bez butów (porcelanowe maleństwo) – czy taki to się w ogóle jeszcze liczy? Czy jest z naszej bajki?

 

Bajka o kocie w butach ma wielu autorów. Ja najbardziej lubię tę napisaną przez Jana Brzechwę, ale jest też bajka Charlesa Perrault, braci Grimm. I pewnie jeszcze wiele najprzeróżniejszych wersji.

 

Jak widać kot w butach ma różne wcielenia – pierdołowate jak na karcie telefonicznej, ale i demoniczne niczym Czarny Piotruś w talii kart.

  Żeliwny kot w butach chętnie przytrzyma w kapeluszu świeczkę.

I znowu kot bez kapelusza! A i butki jakieś takie liche…

Przygotowując tę notkę byłam pewna, że mam płytę i książkę o Kocie w butach, te z dzieciństwa. A tu niespodzianka – nie ma! Muszę jak najszybciej uzupełnić więc swoje zbiory. Tymczasem znalazłam tylko płytę CD i kasetę.

Stara wersja bajki Brzechwy, niestety – okładka w nowej wersji, tak paskudnej, że obrazek nawet zmniejszyłam, żeby tak nie bolało patrzeć…

Rysunek z okładki kasety za to bardzo mi się podoba :-)

Nie mam srebra ani złota,
Lecz nie pragnę w życiu zmian,
Bo kto ma własnego kota,
Ten jest całą gębą pan.

Jest taki stary czeski film, bajka. Główną rolę gra tam
młodziutka Helena Vondrackova. To taki film muzyczny w starym stylu, a
tytuł bardzo pasuje do notki o Złotookiej.

Mamy w domu piękną i szalenie smutną koteczkę. Jest już dorosła, ale
jeszcze młoda. Jest bura, ale ma biały żabocik i białe, jakby w mleku
umaczane łapki. I ma wielkie, złote oczy. Szalenie smutne oczy.

Złotooka jest u nas już kilka miesięcy i caly ten czas spędziła sama,
samiusieńka. Mieszka oddzielnie, zamknięta w pokoju. To pokój Wu, więc
Złotooka ma trochę towarzystwa, głównie w nocy – Wu z nią nocuje, żeby
nie była taka całkiem i cały czas sama. W nocy Złotooka, zadowolona z
towarzystwa, poprawia Wu fryzurę. W dowód swojej miłości i wdzięczności
za towarzystwo, Złotooka po kociemu myje mu głowę.

Dlaczego ta bura królewna jest taka szalenie smutna? Czemu jeszcze nie
znalazła nowego domu, w którym nie będzie skazana na samotność i smutek?
Może dlatego, że jest dorosła i bura… Albo przez to, że ma alergię
pokarmową i musi jeść tylko specjalistyczną karmę, bo inaczej ma rany na
szyi i biegunkę. A może jej historia po prostu nie jest dostatecznie
smutna. Nie wiem. Wiem, że szalenie smutna Złotooka nie ma szczęścia w
życiu.
Najpierw była domową kotką, ale ktoś ją wywalił na dwór, na teren opuszczonej fabryki.
Potem trafiła do Koterii, ale okazało się, że nie trzeba jej
sterylizować, bo już ktoś kiedyś o to zadbał (jak jeszcze miała dom).
Kiedy trafiła do nas, do DT, zaczęła mieć problemy z brzuchem i trzeba było ją wyleczyć z kokcydiów.
Kiedy już miała zostać wypuszczona z pokoju, w którym przebywała na
kwarantannie, okazało się, że Złotooka nie może jeść tego, co nasze
koty, przez alergię pokarmową. Więc musi zostać zamknięta i sama.
Złotooka ma ogłoszenia, ale kto by chciał burą kotkę. Kiedy ktoś się nią
jednak zainteresował, to okazywało się, że Złotooka jest zbyt spokojna,
albo jednak został przygarnięty mały słodki kociaczek, albo rodzina nie
zgodziła się na kota z alergią.

No i pewnie dlatego Złotooka jest teraz taką szalenie smutną królewną, to znaczy koteczką.
Bo jest samotna i nikt jej nie chce. Mimo pięknych, złotych oczu. Mimo
cudownego charakteru i ogromu miłości do ludzi. Nikt nie chce
Złotookiej, chociaż ona jest taka spokojna i niczego nie niszczy, a
jednocześnie tak lubi się bawić patyczkiem z piórkami. Chociaż tak
pięknie się przytula i mruczy. Bez problemu zjada swoją specjalistyczną
karmę. Trafia do kuwety. Jest zdrowa (oprócz alergii) i śliczna (chociaż
bura). I troszkę za gruba, bo w swojej samotności pociesza się jedzeniem. I szuka dobrego domu…

Gdzieś mi się zgubił cały miesiąc… Wstyd. Nie zaglądałam na bloga, ale w ramach (słabego) usprawiedliwienia muszę wyznać, że w ogóle mało „zaglądałam”. Były takie dni, kiedy nawet nie włączałam komputera w domu, co w moim przypadku można by uznać za objaw ciężkiej choroby. Przyczyn było kilka, ale głównie to praca zawiniła. Praca bardzo mocno absorbująca mnie w czerwcu, praca po godzinach, przy komputerze. Ale teraz jest lato i niektórzy mają wakacje, a niedługo i ja będę miała wreszcie urlop, więc dość tych smętnych usprawiedliwień, wracam na bloga. Tadam!

Powrót zacznę może od relacji z pikniku w Kafce, na który zapraszałam w poprzedniej notce. Nie wiem, czy ktoś się skusił tym zaproszeniem, ale jeśli nie, to zapewniam, że trzeba żałować, bo było bardzo fajnie! Jak zwykle zresztą. Kawiarnia Kafka to szalenie sympatyczne miejsce, z fantastycznym jedzeniem i napitkami. Pogoda dopisała, było piknikowo właśnie, zwierzolubnie i wesoło. Te pikniki w Kafce organizowane są od 2009 roku i mam nadzieję, że jeszcze wiele lat będą się odbywać.

  

Niedaleko kawiarni Kafka jest klubokawiarnia Grawitacja. Też świetnie karmią i poją, też bardzo miła atmosfera tam panuje. A niedawno, dzięki wystawie w Grawitacji, odkryłam przecudne obrazy kotów. Nie mogłam się powstrzymać, zrobiłam zdjęcia (kiepskie, bo komórką). W ten sposób odkryłam twórczość Katii Sokołowej-Zyzak. Kto lubi koty i malarstwo, niech koniecznie obejrzy jej obrazy! Są przepiękne, nastrojowe, bajkowe. Oczywiście najbardziej podobają mi się te, których głównym motywem jest kot.

   

Mieć takiego pięknego kota namalowanego przez Katię Sokołową-Zyzak w
domu… Marzenie. Dopóki się nie spełni, oglądam te obrazy w internecie.

A na koniec wiadomość dla fejsbukowców – blog sztukamruczenia od dziś ma tam swoją stronę. Uruchomił mi ją Wu, bo ja, choć troszkę wstyd się przyznać, na facebooku się gubię… Zapraszam serdecznie!


  • RSS