sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2011

Mam na imię Jana i jestem kotoholiczką.

No dobrze, można się odprężyć, temat nie będzie ani trudny ani smutny. Jestem zbieraczką kocich form wszelakich, nieożywionych oczywiście. Mam kocie figurki, kubeczki, talerze i różne naczynia. Mam otwieracze i łyżki do butów z kocim motywem. Obrazki, obrazy i plakaty. Mam całą szufladę „kociej” biżuterii. Większość ciuchów z motywem kocim, również bieliznę i buty. Notesy, kalendarze, magnesy na lodówce. Fajkę z głową kota z porcelany. Dzbanki-kotki, termos w koty i pudełka po paście do butów z motywem kota.
I tak dalej…

Wu zbiera razem ze mną, otworzył filię wyspecjalizowaną w znaczkach pocztowych i książkach.

No nie da się ukryć, że jesteśmy kocimi zbieraczami. Od czasu do czasu będę się tu chwalić zdjęciami. A na początek wstawiam kilka zdjęć, które uwieczniły nasze kocie zbiory niejako przy okazji.

  
To jest fragment standu reklamowego producenta karm dla zwierząt. Stand przez kilka miesięcy drażnił me oczy w lecznicy, aż pewnego pięknego dnia trafiłam tam akurat w momencie, kiedy te śliczne (plastikowe) koty demontowano. No to wyprosiłam i teraz mam czerwonego kota siedzącego na komodzie :-)


Nad czerwonym kotem wisi seria reprodukcji starych plakatów.

A teraz dwa zdjęcia, na których są nasze koty i były tymczas. Oraz cała masa kotków nieożywionych ;-)


Mozna dojrzeć między innymi metaloplastykę radziecką „Kot w butach”, kotki do picia wody mineralnej, kotka porcelanowego-świeczkę (produkt reklamowy Elizabeth Arden), kotka projektu Rosy Ljung.


Kotki porcelanowe, mosiężne, dzwonek-kotek, stara, nakręcana blaszana zabawka. Na górze jest na przykład paskudny kot z kokosa. Na tej „wystawie” najpiękniejszy jest ten kotek, którego tam w ogóle nie powinno być, czyli nasz czołowy model Nosek!

cdn.

Kudłata Fredzia mnie chyba lubi, a nawet – kocha. Od kilku dni okazuje mi swoje przywiązanie bardzo intensywnie. Ciągle przychodzi się poprzytulać. Wskakuje na kanapę, na której siedzę, nieśmiało podchodzi (nerwowo podrygując ogonem) i wpycha łepek w moją dłoń. Żebym głaskała i czochrała ją po czole. Kiedy ją głaszczę, Kudłata ślini się z radości, ociera o moją rękę czy bok, ale jest przy tym bardzo czujna i zrywa się na każdy mój szybszy gest. Płoszą ją też niespodziewane dźwięki. Błyskawicznie zwiewa, ale zazwyczaj szybko wraca, o ile nic jej nie niepokoi.

Kudłata

Dziś rano Kudłata przeszła samą siebie. Najpierw – przyszła na zawołanie. Siedziała sobie pod drapakiem, nasz wzrok się spotkał, zawołałam „Kudłata”, a ona wstała, ponamyślała się chwilkę i… przyszła do mnie. Pierwszy raz. I jak to ona, wsadziła głowę w moją dłoń, poprzytulała się, pośliniła. Przestraszyła się, odskoczyła, wróciła. I tak kilka razy. A potem rozmiziała się na całego, ocierała łepek o moją dłoń wydając jednocześnie swoje piski, którę brzmią jak „ach” wysokim tonem ;-) Kudłata wydaje takie dźwięki w chwilach histerii, kiedy na przykład Wu ją trzyma, a ja wycinam kołtunka. Ale tym razem chyba piszczała z radości.

Taka śliczna, a taka nieśmiała, no.

Wróciłam z króciutkiej podróży, klawiatura wreszcie normalna, można pisać ;-)

Koci tłumek przywitał mnie w drzwiach, jak zwykle. Wszystkie nasze koty przychodziły do mnie na głaskanie (nawet Fredzia przyszła), wszystkie koty tymczasowe dziczyły jak zwykle. A nawet bardziej – Pigalaki chyba ciut zapomniały kto ja jestem, w każdym razie nie chciały się ze mną zadawać w ogóle… Houston, mamy problem.

Bo bracia są cudowni, przytulaśni, rozmruczani – ale tylko w stosunku do nas. Kiedy przychodzi ktoś z zewnątrz, znikają jak sen złoty. Kotków nie ma po prostu. Niedawno nie było nas ponad dwa dni, moja mama opiekowała się kotami i przez ten czas w ogóle Pigalaków nie widziała. Nawet końcówki ogonka. Ostatnio, kiedy przyjechała nowa opiekunka po Maluszka, siedziałyśmy w pokoju dość długo i rozmawiałyśmy, więc Bunkierkowi chyba wydawało się, że ten obcy człowiek już sobie poszedł. Pierwszy raz widziałam kota, który hamuje w powietrzu – Bunkier dał susa do pokoju, w połowie skoku zobaczył gościa i zamarł, wytrzeszczył oczy, po czym czmychnął z powrotem do kryjówki. Kanarek jest ostrożniejszy, chowa się lepiej, a jeśli mu sie to nie całkiem uda, to zastyga w bezruchu i udaje, że nie istnieje. Obaj bracia, na co dzień przymilni i kochani, przy kimś obcym dziczą straszliwie, wyrywają się, drapią i uciekają gdzie pieprz rośnie. Najczęściej pod wersalkę, do skrzyni z pościelą.

Po kilku dniach nieobecności bracia uznali mnie za obcą, choć nie całkiem – mogłam na nich patrzeć, nie mogłam dotknąć. Na szczęście już im przeszło, już znowu dają się głaskać i smyrać pod bródką, nadstawiają brzucha, przychodzą zawołani i mruczą jak szaleni. Jutro rano, kiedy zadzwoni budzik, Bunkier pewnie jak zwykle z gracją słonika wskoczy na mój brzuch i wsadzi mi wibrysy w nos. A potem zacznie się wyginać nadstawiając do miziania, przez co sturla się ze mnie a może i całkiem z łóżka. Kanarek zaś będzie skromnie podtykał lepek pod moją rękę, żeby go podrapać za uszkiem.

Małe, głupie „dzikuski”.

  

Pogoda zagnala mnie do Muzeum Narodowego, w ktorym bylam raz w zyciu, strasznie dawno temu. Jednak przez te lata muzeum sie nie zmienilo, czego o sobie nie moge napisac, niestety…

W kazdym razie ogladanie wypchanych zwierzat nie kreci mnie tak, jak kiedys. W sumie w ogole mnie nie kreci, chociaz szkielet wieloryba czy model glowy mamuta robi wrazenie.

wyst1   wyst2

Ale fajne stoisko ma Koteria na tej wystawie kotów. Jakie piękne i niepowtarzalne rzeczy! Ręcznie szyte torby, poduchy, worki – cuda. Te powtarzalne rzeczy też śliczne, kubki i koszulki, po prostu super. I obrazki ręcznie malowane, trochę kolczyków. A w dodatku można sobie o kotach pogadać :-)

wyst3

A na wystawie jakie piękne koty! I jakie różne, niektóre słodkie, inne dziwne, wręcz niepokojące. Jak ufo. Coś niesamowitego po prostu.

Ja się na przykład zakochałam…

wyst4

Bo jak tu się nie zakochać w takim cudziku?

Będziemy na wystawie kotów w ten weekend, na stoisku Koterii.

Już nie mogę się doczekać, bo odbiorę przepiękną, ręcznie szytą torbę z motywem koteryjnych kotów (projekt Eli Chojny). Cudo po prostu!

Zajrzyjcie na wystawę, spotkajmy się na stoisku Koterii!

Miałam zamiar dziś napisać nową notkę, na temat koci, ale trochę inny. Do tej notki chciałam dorzucić trochę zdjęć. A kiedy otworzyłam foldery i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia… Skończyło się na porządkowaniu albumów w Picasie. W końcu musiałam to zrobić, założyć ten album z kotami, których już nie ma…

Mysza była moja i nasza, tak samo Szczuruś. Becinka i Cypisia to kotki, które miały znaleźć nowe domy, ale zostały u nas przez to, że nam umarły. Więc też są nasze. Były. I nie ma znaczenia czy przez czternaście lat jak Szczuruś, czy przez dwa dni jak Cypisia. Były nasze. A teraz ich już nie ma.

Były z nami


  • RSS