sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2011

Czternaście lat temu zobaczyłam zdjęcie kociaka z pobrudzonym noskiem i… wpadłam. Ten nosek tak mnie zauroczył, że zdecydowałam się wziąć do domu drugiego kota. Czternaście lat temu wydawało się to co najmniej wariactwem – dwa koty w domu!

szczurus maly

Kociak z brudnym noskiem to był Szczuruś. A właściwie Szczurzasty – wiem, głupie imię, a wszystko przez ówczesną rezydentkę, która miała na imię Mysza no i tak jakoś się porobiło z tymi imionami. Pamiętam jak zapisywałam go na jakieś badania w lecznicy wet i na recepcji podawałam dane do karty „Szczurek, szaro-biały, dziewięć lat…” – a pani spojrzała na mnie wielkimi oczami. Zapomniałam ją uprzedzić, że wpisujemy kota.

Szczurzasty, Szczurek, Szczuruś. Wyrósł ogromny i piękny. Prawie osiem kilo mruczącego szczęścia udeptującego mój brzuch. Nie przepadał za innymi kotami, zawsze był troszkę osobny. Kiedy odeszła Mysza, od razu zajął jej miejsce przy mojej poduszce, jakby nie chciał, żeby tam było pusto. Na wszystkie nowe koty patrzył z niedowierzaniem, a często po prostu udawał, że ich nie ma. Wiecie, takie spojrzenie na przestrzał, jakby ten nowy kot był zupełnie przezroczysty. Zaś jeśli jakiś kot próbował się zbyt spoufalać, Szczuruś wydawał ostrzegawczy skrzek i oddalał się w pośpiechu, acz z godnością.

szczurus

Szczuruś już dość długo chorował. Regularnie bywaliśmy z nim w lecznicy, gdzie wdzięczył się do personelu wręcz nieprzyzwoicie. Wszystkie wetki i techniczki piały z zachwytu, a wtedy Szczuruś jeszcze piękniej się prężył i zalotnie pokazywał brzuszek albo strzelał baranka, jeszcze głośniej mruczał. Zachowywał się tak do ostatniej wizyty tydzień temu – już słaby i bardzo chory, a nie zapomniał o kokietowaniu wetki.

Dziś pożegnaliśmy Szczurusia. Już był czas na to. Zasnął spokojnie i bez strachu na swoim legowisku na parapecie, w domu. Żegnaj kochany kotku z brudnym noskiem, żegnaj Szczurusiu.

Komentarz wildzik do poprzedniej notki przypomniał mi, że Szansa wystąpiła w roli głównej na kilku filmikach. Na tych nagraniach Szansa jeszcze wygląda biednie i nie jest całkiem zdrowa – niestety, nie przyszło mi do głowy, żeby ją nakręcić jak już była całkiem sprawna i pulchniutka. Wstawiam więc filmiki z początków u nas, a następnie zdjęcie odpasionej Szansy, krótko przed przenosinami do jej obecnego domu.

Szansa i rekinek
Szansa się bawi
Szansa chodzi

Z okazji Dnia Kota na gazecie.pl ukazał się materiał o przemianach kotów z brzydkich kaczątek w piękne łabędzie. Dziennikarz przedstawił tam kilka wzruszających historii kotów, w tym Szansy, która była u nas. Niestety, w tekście wysłanym przeze mnie zostały poczynione spore skróty, dlatego postanowiłam chociaż na blogu przypomnieć historię Szansy w całości:

Kotka trafiła do mnie z Boguszyc, z przytuliska „Ostatnia Szansa” prowadzonego wówczas przez panią Bożenę Wahl.

Kotka
została tam przyniesiona z okolicy. Uznano, że ma połamaną miednicę, bo
nie mogła chodzić. Nie została zbadana przez weterynarza, a tylko
położona na jednym z regałów w pomieszczeniach, gdzie przebywała pani
Marzena Krzętowska. Tam tłum psów kłębił się na podłodze, a koty
przebywały na regałach, bo zejście na podłogę skończyłoby się
zagryzieniem. Szansa po prostu leżała na regale, robiła pod siebie, pani
Marzena dawała jej jedzenie i wodę – do tego ograniczyła się opieka i
pomoc. Po miesiącu Szansa przemieściła się na inny regał i wtedy pani
Marzena uznała, że coś z kotki jednak będzie (to wszystko usłyszałam od
p. Krzętowskiej bezpośrednio).

Kiedy na forum miau zaistniał temat umieralni w Boguszycach wstawiono m.in. zdjęcie Szansy – wtedy nazwano je „Agonia”. Bez zastanawiania się
napisałam, że jeśli przy najbliższej wizycie w Boguszycach dziewczyny
zastaną tego kota jeszcze żywego (nie znałam płci), to niech mi go
przywiozą. Ania Mrozek (wetka z Łodzi) zabrała Szansę do lecznicy, a dwa
dni później kotka przyjechała do mnie. Okazało się, że nie ma połamanej
miednicy, a zwichnięty staw biodrowy. Kość była całkowicie poza
panewką. Ponadto miała zaniki mięśni w tylnych łapach, futerko żółte od
moczu, świerzb, była wyniszczona i chora. Po wstępnym podleczeniu i
zrobieniu badań (w tym echo serca, ponieważ miała szmery w sercu) Szansa
przeszła pierwsze dwie operacje – amputację główki kości udowej i
sterylkę przy okazji. Operacje ortopedyczne są bardzo bolesne, dostałam
na wynos silne leki przeciwbólowe dla kotki, jednak ona od razu poczuła
się lepiej i nie dawała znać, że ją cokolwiek boli – to znaczy, że
wcześniej musiała żyć z ciągłym silnym bólem… Szansa dochodziła do
siebie, ale po miesiącu okazało się, że ma wodonercze i poddana została
kolejnej operacji, amputacji niesprawnej nerki. Na szczęście ponownie
Szansa szybko doszła do siebie. Będąc u nas Szansa przytyła, wypiękniała
i zaczęła odzyskiwać sprawność, chociaż cały czas kulała po operacji.
Moja koleżanka z byłej pracy zwróciła się do mnie szukając dorosłego
kota, towarzysza dla swojego rezydenta Krecika – i tak Szansa znalazła
nowy, cudowny dom. Byłam u niej w odwiedzinach, przytyła i nauczyła się
wskakiwać na wysokie meble, trudno się domyślić, że to kiedyś była
wynędzniała i nie mogąca się ruszać, umierającą kotka.

Z Boguszyc zabrano wszystkie koty, niestety nie wszystkie miały tyle
szczęścia co Szansa, nie wszystkim udało się wyzdrowieć. Zabrano też
dużo psów, a fundacja Ostatnia Szansa pozbawiła panią Wahl władzy.
Leczenie Szansy i innych zabranych z Boguszyc kotów i części psów
finansowane jest z niezależnej zbiórki, którą umożliwiła Fundacja ARGOS.

W materiale na gazecie.pl wspomniany został też Demiś, a ja chciałabym dodać, że całą rodzinkę Budowlańców wypatrzył Wu i to on postarał się, żeby kociaki otrzymały pomoc. Przez nasz dom przewinęli się już tylko Demiś i Beret, ich zdjęcia są w naszej galerii kotów wyadoptowanych.

Dziś jest Dzień Kota! Międzynarodowy nawet.

Z tej okazji ogłaszam, że Kudłata Fredzia została pasowana na naszą rezydentkę i nigdzie się już nie wybiera. Za to wybrał się Maluszek, mieszka już w nowym domu i – tradycyjnie – jest mu tam chyba lepiej niż było u nas ;-)

Domu szukają dwa słodziaki Pigalaki. Bunkierek na pierwszym planie) i Kanarek (w tle). Bracia są cudowni, mają miszcza w mruczeniu, kochają się niezwykle, niczym Żwirek z Muchomorkiem. Dlatego szukamy dla nich jednego domu, żeby mogli sobie nawzajem myć czółka, jak to mają w zwyczaju.

pigalaki

A dwa lata temu powstała Koteria.

Z okazji Dnia Kota życzymy wszystkim kociarzom i ludziom kotolubnym WSZYSTKIEGO NAJKOCIEŃSZEGO!!!

Niedawno rozgorzała na FB dyskusja na temat plakatu, który obraził niektóre panie uważające się za feministki. Mniejsza o szczegóły, bo chcę się odnieść do tego, co jedna z „feministek” na autopilocie napisała – że (prawie) żeńska organizacja jest lepsza. Że kobiety lepiej zwierzętom pomagają i jak to fajnie być wolontariuszką (prawie) żeńskiej fundacji.

Może i lepiej, ale komu? Dotąd uważałam się za feministkę, lub osobę co najmniej sympatyzującą z feminizmem (bo zasług oprócz chodzenia na Manify nie mam żadnych). Niestety, wygląda na to, że nie jestem… Bo ja uważam, że faceci bywają lepsi w pewnych sytuacjach. I, że są bardzo potrzebni, również w pomaganiu kotom.

Gdyby nie silny i uparty facet nie dałabym rady na ostatniej łapance. Karmicielka zadzwoniła, że w piwnicy na rurach przesiaduje kot z potworną raną na głowie. Że jest w bardzo złym stanie i od kilku dni nie chce jeść. Kiedy stawiliśmy się, żeby złapać biedaka, okazało się, że o wolność będzie walczył do upadłego. Nie udało się go złapać na tych rurach, umknął do jednej piwnicy – wypłoszyliśmy go, to zwiał do drugiej. Wybrał chyba najbardziej zagraconą komórkę. Kiedy otworzyliśmy drzwi (pożyczając klucz) okazało się, że od podłogi po sufit komórka jest wypełniona różnymi sprzętami – krzesłami, szafkami, workami ze szmatami, był fotelik dziecinny i bardzo stary odkurzacz… I gdzieś w tych rupieciach schował się bardzo poraniony kot.
Nie dałabym rady, tak zwyczajnie, po babsku. To duży i silny facet kilka godzin odgruzowywał tę piwnicę, żeby dotrzeć do kota. To facet był tak strasznie uparty, że mimo kurzu i potu, zaciekle wyciągał kolejne graty, ciężkie meble. I namawiał kota do wyjścia, czule i spokojnie. Ja mogłam tylko stać na korytarzu i przesuwać wyciągnięte rzeczy, żeby zrobić miejsce na następne. A to facet, po kilku godzinach ciężkiej pracy, w końcu złapał kota w ekologiczną torbę i wepchnął do transporterka. Ja pojechałam do lecznicy, a facet musiał sprzątnąć – zapakować te wszystkie graty z powrotem do komórki.

Happy endu nie było, kot był w bardzo złym stanie i, mimo pomocy weterynarzy, w nocy umarł w lecznicy. Zdążyłam mu zrobić zdjęcia, ale są drastyczne, więc tylko link wklejam dla osób o mocnym żołądku.

Cieszę się, że mam oparcie w facecie. I cieszę się, że w niektórych sytuacjach facet jest po prostu lepszy od kobiety, czyli na przykład ode mnie. I chyba w związku z tym nie jestem feministką, a mój facet już mnie na Manifę więcej nie zaciągnie.

 

Niedawno pisałam o naszym glonojadzie, którego wówczas dawno nie widziałam: Rybi Żwirek żyje

Otóż udało się i mnie naszego Nonka zobaczyć, a nawet sfotografować!
Przedstawiam Nonka zatem. Jak się dobrze przyjrzeć, to nawet widać oko,
którym na mnie łypał.

Nonek

A te „duchy” na zdjęciu to gupiki. Bardzo przeszkadzały w sesji.

gupiki

Poza zbrojnikiem Nonkiem i gupikami, w naszym kocim TV żyją jeszcze trzy
kiryski panda, ale nie zrobiłam im fotek. W sumie nie wiem czemu, bo
bardzo je lubię. Tył jednego z kirysków widać w tej notce
z przeszłości. I jest jeszcze cała masa ślimaków świderków, ponoć
bardzo pożytecznych. Ponoć. U nas już jest ich chyba ciut za dużo,
czasem mam wrażenie, że więcej niż kamyczków żwirku.

Akwarium malutkie i wiem, że nie powinnam w nim Nonka trzymać… Nonek u
nas to efekt jakiegoś zastoju myślowego jeszcze z czasów szkolnych –
wtedy zbrojnik, czyli tzw. glonojad, to był standard w absolutnie każdym
akwarium, jakie widziałam. Bo glonojad glony zjada. Akurat. Nasz Nonek
ani myśli jadać glony, w ogóle nie widziałam go jeszcze przyssanego
paszczą do szyby (szkoda, bo zawsze mnie paszcze glonojadów
fascynowały). Co gorsza, a może raczej co lepsza – nie mamy glonów.
Serio serio. Nie wiem jakim cudem, bo akwarium jest małe i zaniedbane,
no niestety, ale najwyraźniej całkiem niezłą równowagę bio trzyma, bo
glonów praktycznie w nim nie ma. Nonkowi to i tak rybka, skoro glonów
nie jada, co nie?


  • RSS