sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

Życie z persem jest usłane różami. Już trochę zapomniałam jak to jest z persami, ale nasz gość, mroczny książę o imieniu Maluszek, wszystko mi przypomina. Trochę pamiętnikowych wpisów z życia z persem jest na blogu Wu:
Jak Maluszek szukał domu i jak go dotąd nie znalazł – część I
Jak Maluszek nie znalazł domu i jak go szuka do dziś – część II

Ja wspomnę tylko o dwóch zaletach perskiej sierści.

Pewnego dnia rano, kiedy gorączkowo wybierałam się do pracy, Wu stwierdził, że w pokoiku śmierdzi i chyba gdzieś któryś maluch (Bunkier albo Kanar) narobił, ale nie wiadomo gdzie*. Kilka minut później, kiedy już miałam zakładać kurtkę, usłyszałam krzyk „masz czas umyć persika?” Okazało się, że nasz książę ciemności Maluszkiem zwany się… obsrał. Wszystko, co zrobił, zostało mu w portkach, przy tyłku, przyczepione do kudłów.
A dużo tego było. Wu po tym odkryciu wrzucił mrocznego Maluszka do łazienki, żeby ratować pokoik. Maluszek tymczasem rozsmarował sporo kupy w łazience, zanim ja go dorwałam i próbowałam umyć. Nie miałam szans, w końcu Wu brudnego księcia trzymał za przód, a ja prałam tył kota nad wanną. Persik nie był tym zachwycony, ale ja chyba byłam bardziej wściekła. I spóźniłam się do pracy przez ten gówniany poranek.

Maluszek

Na razie z kupą w portkach przygoda się nie powtórzyła, za to perski książę daje mi popalić kołtunami. Ze zgrozą odkryłam filc na jego piersi – podczas czesania on zawsze ssie tę swoją łapę, a drugą „wiosłuje” no i kawałek kota w ten sposób jest zasłonięty. A ja, głupia, nie zauważyłam. Do niedawna. Teraz filc trzeba wycinać, a to nie jest proste, bo książę ciemności, aka Filcuś, swojej piersi skołtunionej broni zębami i pazurami. Nie podoba mu się wyczesywanie i wycinanie kołtunów. Muszę to robić powolutku, na raty, podstępem i wogle. A i tak co chwila siecze mnie opazurzona łapa księcia filcu.
Postanowiłam przystymulować Maluszka pozytywnie – za chwilę cierpliwości przy czesaniu nagradzam go mlecznym dropsem. Na razie 1:0 dla persa, wyłudził kilka dropsów i zwiał.

* Wu do dziś nie przeprosił braci Pigalaków za te niecne oskarżenia. Na miejscu Bunkierka i Kanarka byłabym obrażona śmier-tel-nie, bo chłopcy są bardzo celni jeśli o kuwetę chodzi. Żadnych wpadek.

Niedawno jechałam pociągiem, w wagonie bez przedziałów. Wolę takie wagony, bo nie jest duszno, a jeszcze jeśli siedzenia są wygodne, to już w ogóle bajka. Jednak taki wagon ma jedną wadę – komórkowców. Bo w przedziale, kiedy komórka zadzwoni, to większość ludzi kulturalnie wychodzi na korytarz porozmawiać, a jak przedziałów nie ma, korytarza też nie, gadający przez komórkę nie wychodzą, bo i dokąd? Ale znowu większość ludzi gada przez telefon cicho i nie za długo. Większość.

W czasie mojej podróży (powrotnej) trafiła się osoba, która nie ściszyła głosu, wręcz odwrotnie. Młody facet ucieszył się, kiedy zadzwonił mu telefon i dalejże perorować na cały głos! Prawie krzyczał. Już miałam go poprosić, żeby mówił ciut ciszej, ale… wciągnęłam się w te opowieści. Cały wagon usłyszał jak to ów facet szczepił 150 świń, jak przywitał go gospodarz w garniturze i gumowcach, jak wędlinami i wódką potem częstował. Słyszeliśmy o tym, że na prowincji szanuje się weterynarzy (mówi się do nich „panie doktorze”), nie to co w Warszawie. I, że paniusie na studiach nie chcą się specjalizować w zwierzętach gospodarskich, bo „świnie trzeba zabić”, ale na stołówce wcinają schabowe. A świnie są miłe i czyste, kąpane raz w tygodniu. I jeszcze o Kazachu, który obserwował wieloryby, korygował racice wielbłądów, a teraz ma za żonę rusycystkę i syna, który przeziębił się w Bałtyku.
Usłyszeliśmy te historie dwa i pół raza. Za pierwszym razem przerwało połączenie i panu nie udało się oddzwonić (ale był zawiedziony!), za drugim razem ktoś inny zadzwonił, też przerwało, jednak tym razem oddzwonienie przyniosło oczekiwany efekt, a trzeci telefon był już przed samym dworcem w Warszawie, więc opowiadacz komórkowy się streszczał.

W sumie to było zabawne, ale gdyby wszyscy z taką pasją i tak głośno rozmawiali przez telefon, to w wagonie nie dałoby rady wytrzymać i pewnie uciekłabym gdzieś do jakiegoś przedziału. Albo nawet na korytarz.

Żeby porozmawiać przez telefon większość ludzi kulturalnie wychodzi z przedziału, ale nie wszyscy. Dzień wcześniej jechałam w przedziale z dziewczyną, która co pół godziny rozmawiała przez telefon. Niezbyt głośno, ale regularnie i wciąż musiałam słuchać egzaltowanych rozmów rozpoczynających się od „mamuuusiu!”

Wiem, mogłam wyjść. Mogłam też wziąć ze sobą jakieś muzyczne urządzenie ze słuchawkami i się odciąć od komórkowców. Chociaż nawet wtedy chyba wysłuchałabym opowieści o stu pięćdziesięciu świniach.

Dziękuję!

4 komentarzy

Dziękuję wszystkim, którzy oddali na mój blog głos w konkursie na blog roku. Nie weszłam do finału, ale szczerze mnie wzruszyło, że znalazły się osoby, które „poświęciły” ;-) sms-a, żeby oddać głos na ten blog, co jest tylko o kotach (a nie o tak fascynujących tematach jak dzieci czy gotowanie) i w dodatku tak mało tu wpisów… Postanowiłam się poprawić w tym względzie, żeby za rok znowu spróbować swoich sił. Temat pozostanie ten sam, ale wpisów będzie więcej, obiecuję. I zdjęć.
A teraz – serdeczenie DZIĘKUJĘ za głosy!

Jakiś czas temu Wu poprosił mnie, żebym napisała o łapaniu dzikich kotów. Potrzebne mu to było do notki na Kotmiksach. No i w ten sposób zebrało mi się na wspominki, a raczej krótkie relacje z łapanek, z wątków na forum miau. A może czytają mój blog osoby, które na Kotmiksy jeszcze nie zajrzały, to i u siebie opublikuję te łapankowe wspomnienia, a co.
Zaznaczam, że opisane poniżej atrakcje zazwyczaj odbywały się bardzo bardzo wczesnym rankiem, bo po łapankach trzeba było iść do pracy. A przede wszystkim – to bardzo nietypowe łapanki. Bo zazwyczaj to nuda, nastawia się klatkę-łapkę i czeka aż kot wejdzie. Ale z Perłą i jej kociakami było zupełnie inaczej…

Złapane zostały kociaki Perły – 5 czarnych Diabełków. Chociaż kociaków jest 5, to było tak, jakby było łapane 6, bo mi jeden nawiał z transportera. Nie lubię tych transporterów z metalową kratką, wystarczy jedno miejsce poluzowane, otwiera się zacisk i cała kratka wylatuje… No i wyleciała. Kot za nią.
Niektóre kociaki się darły i gryzły Janę, Jana się darła na nie żeby nie gryzły, Perła chciała nas zeżreć, dobiegała z napuszonym ogonem i syczała, ja byłam operatorem transportera i odganiaczem Perły, tylko momentami nie wiedziałam, co robić najpierw. Raz się przestraszyłam, bo Perła wskoczyła w te palety, jak Jana jeszcze głowy stamtąd nie wyjęła – miałam wizję nieco zmasakrowanej twarzy, fruwających włosów, toczących się oczek. Uroczo. Ale nawet wtedy Jana zapewne nie puściłaby kociaka.
I miałyśmy nieco ćwiczeń fizycznych – zdejmowałyśmy palety, przesuwałyśmy je, trochę skłonów i smarowania kolanami po betonie. Wdepnęłyśmy w smołę. Fajnie było. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień!

galla

Tylko dwa kociaki były takie straszne i mnie gryzły, no. W sumie nie było tak źle, szkoda tylko, że pożarł mnie już na wstępie drugi kociak, bo następne musiałam z palet wyłuskiwać ręką ociekającą krwią. Oczywiście woda utleniona i plastry zostały hen daleko od gniazda kociaków. Na Perłę nawet nie patrzyłam, zaufałam galli.
W lecznicy Diabełki były aniołeczkami. Wszystkie badania, szczepienia, odpchlania były robione gołymi rękami, kociaki przytulałam do piersi i żadne mi serca nie wygryzło.

Jana

Perła z kociakiem

Czasem trzeba się uciec do różnych dziwnych sposobów na koty,
które wcale nie chcą dać się złapać. Trzeba uknuć szczwany plan, żeby złapać kotkę, która od ponad roku
udowadnia nam, że złapać się nie da i już…

W sumie szkoda, że nikt tego nie kręcił, byłaby niezła komedia.
Pani Kamila przygotowała trzy różne kartony. Komisyjnie (galla, Wu i ja) został wybrany jeden z nich, dodatkowo wzmocniony taśmą. Na węższych bokach długopisem zaznaczyliśmy otwory i nacięcia.
Pani Kamila uzbrojona w karton wyszła do Perły, nasza trójka uzbrojona w klatkę-łapkę, płachtę oraz nożyk została za drzwiami, a z nami pan z ochrony, żeby w razie czego migusiem wpuścić nas na teren.
Perła przyszła, pani Kamila nakryła ją kartonem, wystartowaliśmy. Kiedy dobiegaliśmy, Perła dziko wyjąc prawie wyskoczyła z kartonu, przebijając głową teoretycznie wzmocnioną górę. Przydusiłam Perłę gołą ręką, Wu narzucił płachtę. My trzy kobiety oplotłyśmy swemi ciałami karton z szamoczącą się Perłą, Wu zaczął wycinać otwory. Perła wyje, my leżymy, Wu tnie. Nie było łatwo, trzeba było ciąć płyciutko, żeby nie drasnąć kotki. W końcu otwór został nacięty, klatka otwarta (od strony „jedzeniowej”), przyciśnięta do kartonu. Wtedy Wu bokiem, za pomocą drugiego końca nożyka, zaczął wypychać wyciętą część kartonu. Jak już trochę wypchnął, Perła załapała, że tamtędy można wyjść i… wbiegła do klatki. I już w tej klatce została.

Jana

Pani Kamila to karmicielka opiekująca się stadem kotów u siebie w pracy, galla to moja serdeczna koleżanka, z którą koty wielokrotnie łapałyśmy (nie tylko u p. Kamili), a Wu to wiadomo :-)

Niektórzy pewnie zastanawiają się po co w ogóle łapać takie dzikie koty i kociaki. No, nie robi się tego dla adrenaliny ani dla sportu. Dorosłe koty wyłapuje się żeby je wykastrować i po rekonwalescencji wypuszcza się je z powrotem na miejsce bytowania – chodzi o ograniczenie populacji kotów miejskich, które muszą być, ale nie może ich być za dużo. Czasem też łapie się kota, jeśli widać, że coś mu dolega, żeby w miarę możliwości go wyleczyć. Małe kociaki łapie się i oswaja, a potem już takim całkiem domowym kotkom szuka się nowego domu.

„Żyje!” zakrzyknął Wu.

No to uf. Nasz zbrojnik, czyli tak zwany glonojad zwany Nonkiem, jednak żyje. Zabrałam się dziś za sprzątanie kociego TV czyli naszego małego akwarium. Oj, zaniedbane ono, dawno już nic nie robiłam przy nim. I w trakcie wymiany wody oraz przerzedzania roślinek uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam Nonka… Akwarium jest niewielkie, ale zarośnięte, jest duży korzeń, skorupa kokosa specjalnie dla Nonka, żeby miał się gdzie chować. No i się chowa, bo Żwirek go straszy. Kiedy Nonek pojawia się przy przedniej szybie, natychmiast Żwirek leci na niego polować. Duży kot poluje na dużą rybę, he he. Ale przez te łowieckie zapędy Żwirka Nonek zdziczał i głównie się chowa. No i bardzo dawno już tego naszego glonojada nie widziałam…
Ale kiedy powiedziałam o tym Wu, ten zaczaił się na Nonka i cierpliwie poczekał, aż głód glonojada z kokosa wypędzi.

„Żyje! Widziałem tylko ogon, ale się ruszał! i strasznie rozwalał żwirek, aż słychać było szu szu szu! Ten glonojad to taki rybi Żwirek, co nie?”

Bo koci Żwirek jest ogromnym, ciężkim i umięśnionym kotem, który, kiedy ma głupawkę i zaczyna biegać po ścianach, niezłego bałaganu potrafi w domu narobić. Tak samo jak Nonek w akwarium.

Dwugłowy kot informuje, że można zagłosować na sztukęmruczenia wysyłając sms-a o treści H00661 na numer 7122.
Koszt to 1,23 brutto, na cele charytatywne.

O, tutaj są szczegóły.

Nasza Małpeczka, Mała Wu. Czarna, pełna miłości koteczka, biegająca i wołająca „uh uh”. Tyle czasu u nas była… Pod koniec listopada Małpeczka zmieniła adres. To było niesamowite, bo kiedy przyszli jej nowi (wówczas jeszcze ewentualni) opiekunowie, na pierwszą wizytę zapoznawczą, Małpeczka od razu przyszła do nich, położyła się, przytuliła i kazała się głaskać. I tak przez całą wizytę. Tak, jakby sobie swoją opiekunkę wybrała, jakby wiedziała…

Właśnie wróciliśmy z wizyty u Małpeczki. Ma na imię Mori. Wypiękniała, przytyła, ale zachowuje się jak to ona – biega,
bawi się, skacze i gada. Ma koleżankę MCO, ale nie bardzo chce się z nią
zadawać, za to ludzi kocha. Widać, że jest szczęśliwa w swoim domu. A nas już za bardzo nie pamięta. Jest dokładnie tak, jak powinno być!

Dziś byliśmy na spacerze. Śnieg padał, było ślicznie i zimno.

I tak sobie pomyślałam o braciach z Pigalaka – co by się z nimi działo, gdyby nie chcieli wleźć do klatki-łapki? Gdyby zostali na wolności? Teraz jest mróz i śnieg, wejście do ich bunkra całkiem zasypane i zmrożone, pod ciężarem śniegu przygiął się do ziemi blaszany daszek zamykając wejście. Jakiś kot tam chodzi, bo ślady w śniegu zostawia – ale wejść nie może… Czy Bunkier i Kanar, dwa maluchy, czy daliby sobie tam radę? Pewnie nie. Za późno się urodzili, za mali są na mroźną zimę na wolności. Nawet ich mama nie wróciła do siebie, bo za zimno. Po kilku tygodniach w cieple, z wygolonym po kastracji brzuszkiem, nie mogła wrócić. Na szczęście znalazł się dla niej świetny dom i bardzo cierpliwa osoba, która spróbuje kotkę oswoić (już są postępy), a jeśli to się nie uda – na wiosnę wypuści kotkę na wolność.

A Bunkier i Kanar, czyli Bunio i Kanarek, wylegują się w cieple, bawią się sztucznymi myszkami i piłeczkami, mruczą od jednego lekkiego dotyku człowieka. Chyba całkiem podoba im się życie domowe ;-) No i stali się bohaterami gwiezdnej sagi KOtMIKSOWEJ! Wydaje mi się, że gdyby wtedy w listopadzie przeczuwali chociaż co ich czeka, to szybciej by do tej klatki wleźli! No, przynajmniej Kanar, bo Bunkierek w sumie wlazł od razu.

Kiedy na dworze ziąb i zawierucha, fajnie się pogrzać w domowym cieple, przy kaloryferze. No i można poudawać, że telewizor to kominek, polansować się w blasku „ognia”. Kudłata pewnie już nie pamięta jak było na działkach, gdzie się urodziła. Zresztą, nie zdążyła tam zaznać zimy, no i dobrze. Zima nie jest fajna jeśli nie ma się gdzie schronić i ogrzać.

W Nowy Rok wchodzimy z 15 kotami (naszymi i tymczasowymi) na pokładzie. Chciałabym napisać, że żadne nie zaznało zimna, ale Całka wie co to mróz – za kilka dni minie dziesiąta rocznica jej znalezienia. Leżała ledwo żywa na mrozie i śniegu, w oknie sutereny. Zabrałam ją i po prostu wyszłam z wykładu matematyki, żeby pojechać z zaropiałym szkielecikiem do weterynarza. Całeńka, może czyjś nietrafiony prezent gwiazdkowy, wyzdrowiała i została moim pierwszym uratowanym przed zimą kotem.


  • RSS