sztukamruczenia blog

Twój nowy blog

Nie wiem czy się uda. Gubię się w tych wszystkich kokpitach, ustawieniach, przyciskach. A tyle chciałabym napisać o kotach!!!

A taki ładny blog miałam… I pozmieniali mi wszystko. Obraziłam się i „przesiadłam” na facebooka, ale tam niedawno ktoś mi napisał, że powinnam wrócić na bloga. No to próbuję, ale ciężko jest. I nie wiem czy się uda, zobaczymy.

Koty pozdrawiają :-)

Dziś piątek trzynastego, więc wszystkim czarnym kotom trzeba złożyć najserdeczniejsze życzenia w dniu ich święta :-)

Ja zaraz wyprzytulam nasze czarne tymczasy. To znaczy… Hm. Jedną czarną koteczkę pogłaszczę, a na drugą popatrzę.

Jak odróżnić od siebie dwie czarne, drobe koteczki z białymi gwiazdkami pod szyją? U nas w domu wystarczy podejść.

Kaja do człowieka zagrucha i nadstawi łepek do głaskania.
Gryzia rzuci złe spojrzenie spode łba, a jeśli człowiek podejdzie za blisko, to zwieje.
Czy już wiecie, która koteczka na zdjęciu to Gryzia, a która Kajunia? :-)

Gryzelda jest u nas już długo, oj, długo. Już trzy lata. Jest (chyba) rodzoną siostrą naszego białego Rózika. Złapałam ja jako małego kociaka w piwnicy przy pizzerii. Łapałam znienacka, sama byłam zaskoczona, że za drzwiami siedzi kociak, więc capnęłam ją ręcznie, a wtedy ona capnęła mnie. Mocno i boleśnie, stąd imię Gryzelda. Gryziunia była oswajana jak każdy inny mały dzikusek, ale widać jest wyjątkowa, bo się nie oswoiła. Nie lubi ludzi i nie życzy sobie z nami żadnych bliskich kontaktów. Najbliższe, jakie toleruje, to podawanie jej smakołyków, np. kawałków kurczaka. Wtedy podchodzi bliziutko i świdruje nas swoimi wielkimi, żółtymi oczyskami. Zdarza mi się ja głaskać, ale to musi być z zaskoczenia – wtedy Gryzia czasem mruczy, a czasem warczy i nigdy nie wiadomo na co się zdecyduje. Gryzia lubi inne koty, a kocha Młodego. Nie jest „nasza”, ma wciąż status tymczasa, ale kto ją weźmie z takim charakterkiem?

Kaja to całkowite przeciwieństwo Gryzi. Jest przemiła i kochana, lubi głaskanie i drapanie pod bródką, chociaż nie chce być brana na ręce, a jeśli głaszcze się ją zbyt długo, sygnalizuje, że ma dość podgryzając (na szczęście lekko). Jest u nas niecały rok, trafiła do nas w dość tragicznych okolicznościach, kiedy zginęła jej matka i rodzeństwo. Tylko Kaję zdołaliśmy na czas zabrać z parkingu, gdzie mieszkała. Była już spora, miała ponad trzy miesiące, a ja byłam prawie pewna, że nie uda nam się jej oswoić. Kaja mnie zaskoczyła, oswoiła się bardzo szybko, zadomowiła pięknie – ale nie dogadała się z kotami. Przez pewien czas mieszkała w pokoju gościnnym ze Złotooką, potem Złotooka wyszła na salony. Kaja też chyba chciała, ale się nie udało, bała się innych kotów, warczała na nie i denerwowała je, więc ciągle dochodziło do starć. Złotooka znalazła dom, a Kaja znowu jest sama, mieszka zamknięta w pokoju, oddzielona od reszty kotów. Jest grzeczna, ale widać, że brakuje jej towarzystwa, tęskni za ludźmi, pewnie chętnie też pobawiłaby się z jakimś kotem, pod warunkiem, że byłby jeden, a nie kilkanaście… Szukamy dla niej domu, ale jakoś ta czarna, śliczna panienka nie ma szczęścia i nikt się nią nie interesuje.

Dziś piątek trzynastego, święto czarnych kotów. Może przyniesie szczęście Kai i Gryziuni?…

Obudziło mnie w nocy warczenie, taki głuchy, niski pomruk. Bardzo niepokojący dźwięk, więc się rozglądam, ale wszystkie koty śpią. Wszystkie, łącznie z tym warczącym! To Młody ‚gadał’ przez sen. Musiało mu się śnić coś bardzo groźnego, skoro takim grobowym warczeniem to coś odstraszał. Podeszłam do Młodego, śpi i warczy. Ucichł. Postanowiłam go obudzić z tego koszmaru, potrząsam – nic. Potrząsam kotem mocniej, dalej nic. Zrobiło mi się bardzo nieswojo, zaczęłam Młodego szarpać jak worek kartofli, uf! obudził się wreszcie. Spojrzał na mnie nieprzytomnie, ale oczywiście z lekkim wyrzutem. No wiem, zła jestem, budzę kotka… Wróciłam do łóżka.

Za chwilę usłyszałam miauknięcie – Młody wstał i przytuptał do mnie, żeby się przytulić. A więc jednak śniły mu się koszmary i kotek potrzebował pocieszenia!

  
To ulubione miejsce Młodego do spania, często w takich właśnie pozycjach :-)

Młody jest naszym słodkim kotkiem – prawie dosłownie, ponieważ właśnie zdiagnozowano u niego cukrzycę. Nie miał żadnych objawów, nie jest bardzo gruby. Nie wiedzielibyśmy o jego chorobie jeszcze przez jakiś czas, być może długo, gdyby nie nasikał nam na okno. Następny sik Młodego złapałam do pojemniczka i zaniosłam do badania. No i wyszła glukoza w moczu, a to najczęściej oznacza cukrzycę. Chorbę Młodego potwierdziły oczywiście dodatkowe badania krwi, miał też usg. Młody nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest chory, na szczęście czuje się dobrze. Ja czuję się gorzej, bo muszę się nauczyć obsługi cukrzycowego kota… Dziś rano Młody dostał pierwszą insulinę.

Młody nam zachorował i dziś miał wizytę u weterynarza. Lecznica jest niedaleko, pięć minut marszu, ale Młody jest ciężki, transporter też swoje waży, a Wu wyjechał z Warszawy… Sama musiałam jakoś kota do lecznicy zatargać. Więc go zawiozłam :-)

Rok i dwa miesiące temu Złotooka przyjechała do nas, do domu tymczasowego. Mieliśmy jej znaleźć dom stały, ale po drodze było trochę przeszkód – różne choroby Złotuni, podejrzenie alergii (która w końcu okazała się nie alergią, a nieprawdłową bakterią w przewodzie pokarmowym). Niedawno Złotka zafundowała nam sporo strachu, bo pojawiło podejrzenie mięsaka, który na szczęście okazał się niegroźnym zapaleniem tkanki tłuszczowej.

Złotunia długo mieszkała sama, w pokoju gościnnym. Potem dołączyła do niej Kaja. A w końcu, po wykluczeniu alergii, Złotooka wyszła na salony i już nie chciała wracać do ‚swojego’ pokoju. Niestety, nie dogadała się z resztą kotów i co jakiś czas toczyła z nimi boje, najczęściej na warczenie i złe spojrzenia, ale czasem dochodziło do łapoczynów.

Tydzień temu Złotooka pojechała do nowego domu, w którym jest jedynaczką i ma ludzi na wyłączność. Ma tam dla siebie słoneczny parapet, wygodne krzesła do spania, swoją własną kuwetę i własne miski. I całą uwagę ludzi, głaskanie i przytulanie, wszystko tylko dla siebie. Wylizany do łysa brzuszek (z nerwów) zaczyna zarastać.

Tak się żegnałyśmy ze Złotooką (filmik)

Najpierw był telefon. To było w poniedziałek, zadzwoniła do mnie znajoma z osiedla, pani I.:
- Pani Jano, koleżanka właśnie mi powiedziała, że za kioskiem, na skrzyżowaniu (tu opis miejsca) jest karton z małym kotkiem.
- I co z tym kotkiem? Bardzo jest mały? Siedzi w kartonie czy może z niego wyjść?
- Ja nie wiem, nie widziałam, koleżanka mi powiedziała. Czy pani może tego kotka wziąć?
- Jestem w pracy, pół godziny od domu, a pani jest zaraz obok.
- Ale ja nie mogę tego kotka wziąć. Mogę po niego pójść pod warunkiem, że po pracy pani go zabierze, pani Jano.
- A nie może pani tego kociaka kilka dni przetrzymać, dopóki nie znajdziemy dla niego miejsca?
- Nie mogę, przecież ja mam już trzy koty.
- A ta koleżanka, która kociaka widziała? Nie może sie nim tymczasowo zająć?
- Nie, ona ma już dwa koty i żadnego już nie może wziąć, nawet na chwilę.
- Ja mam w domu kilkanaście kotów…
- To może zostawmy tam tego kotka, może ktoś go sobie weźmie.

Ustaliłyśmy, że pani I. jednak pójdzie zobaczyć co to za kociak i czy jest bezpieczny. I, że do mnie zadzwoni. Drugi telefon:
- No jest kociak, mały i całkiem dziki. Nie można podejść, zaraz ucieka i chowa się w rurę burzową, taką wie pani, od rynny. Zadzwoniłam po Straż Miejską i czekam na nich.

Po chwili kolejny telefon:
- Była Straż Miejska, takie dwie dziewczyny przyszły, popatrzyły i powiedziały, że nie ma zagrożenia życia dla kota i najlepiej, jak tutaj zostanie. To pani wracając z pracy sobie obejrzy to miejsce i kociaka. Mały jest, tak ze 3 miesiące najwyżej, taki fajny, czarny maźnięty rudym. I ucieka do tej rury, nie sposób podejść. Pani z kiosku tu mu daje jedzenie.

Wracając z pracy zaszłam zobaczyć kociaka, ale pewnie był schowany w rurze, bo zobaczyłam tyłko pudełko z posłankiem i miski z jedzeniem. Od pani z kiosku dowiedziałam się, ze kociak koczuje tam od kilku dni, a Straż Miejska już raz w ogóle nie chciała przyjechać, dziś strażniczki przyszły, popatrzyły i poszły. To już wiedziałam z telefonu od pani I. – że ponoć nie ma zagrożenia życia dla kociaka. Przy murze, na ruchliwym skrzyżowaniu (samochody, tramwaje, ścieżka rowerowa i trasa spacerowa ludzi z psami), kryjówka w rurze prowadzącej z rynny do kanalizacji – a zapowiadają deszcze. No żadnego zagrożenia życia, nic a nic. Z drugiej strony – dobrze, że straż nie złapała kociaka, bo zawiozłaby go do schroniska miejskiego, a tam kociaki chorują i umierają.

Zabrałam miski z jedzeniem, ustaliłam z panią z kiosku, że nie będzie kociaka karmić i przypilnuje, żeby nikt inny nie karmił.
Zadzwoniłam do Wu prosząc, żeby wieczorem zaszedł tam po drodze do domu i sprawdził, czy jest kociak. Kociak był, Wu zrobił kilka zdjęć. Zabraliśmy z domu sprzęt i poszliśmy łapać kociaka z rury. Mała, włochata szylkretka wlazła do klatki łapki już po kilkunastu minutach. Dzika dzicz, barrrdzo groźna, warcząca i prychająca. Nie mam pojęcia skąd się tam wzięła. Nie została przez kogoś porzucona, bo gdyby tak było, byłaby oswojona i tylko przestraszona. W okolicy raczej nie ma płodnych kotek, a już zwłaszcza szylkretek (to dość rzadkie umaszczenie). Zagadka. W kazdym razie mała trafiła do naszej łazienki, bo przecież u nas jest dużo miejsca na kolejne koty, nie to co u innych…

Pierwszego dnia, czyli w poniedziałek, obsługa kociaka odbywała się przy pomocy rękawicy narciarskiej, bo kicia była bardzo zła na nas, że zabraliśmy ją z takiej fajnej rury ;-)

Następnego dnia rano (wtorek) mała przeszła chrzest bojowy – musiałam jej uprać tył kota z powodu nocnej wpadki (po nieodpowiednim jedzeniu jeszcze z czasów wolności). Kicia zniosła to z dumą i godnością osobistą. Brak agresji skłonił mnie do odłożenia rękawicy. Wieczorem mała zaczęła mruczeć.

W środę mruczenie stało się już regułą oraz odbyła się pierwsza zabawa pluszową myszką. W nocy z środy na czwartek mała darła się z łazienki nie tylko po zrobieniu kupy (żeby jej posprzątać), ale i tak po prostu, domagając się towarzystwa, przytulania i zabawy.

Postępy w oswajaniu były znaczne, więc w czwartek kicia dostała już do dyspozycji całą łazienkę. Oraz dostała imię, bo za każdym razem, po moim wejściu do łazienki, mała najpierw ucieka. A mnie się przypomniał taki jeden film, gdzie: Jak twierdzi jeden z bohaterów filmu, złota rybka, w przeciwieństwie do ludzi, ma tylko trzysekundową pamięć i dlatego jest skazana na ciągłe powielanie własnych błędów. Nasza Rybka jeszcze wciąż nie całkiem pamięta, że jest oswojona ;-)

 

W piątek wizyta u weterynarza ostatecznie potwierdziła socjalizację Rybki – mała była bardzo dzielna i spokojna, a w końcu rozkitłasiła się w objęciach pani technik i zaczęła mruczeć.

Rybka jest prześliczna i bardzo fajna. A niebawem (jak tylko wytłuczemy robale oraz zaszczepimy) będzie szukała nowego domu, bo ile może siedzieć w naszej małej łazience? Komu kolorową Rybkę, komu?

Na forum miau przeczytałam taki wpis:
(…) moja Bryza spadła z
kanapy nieprzytomna. Po chwili wstała i zataczając się próbowała wejść
znowu na swoje miejsce. Dostała drgawek i cala się trzęsła.

Poleciałam do weta! Pani pytała się czy (kotka) nie zjadła jakiegoś
kwiatka. A ja zapomniałam, że mój TŻ przyniósł konwalie od swojej mamy.
Znalazłam po powrocie do domu te pieruńskie habazie i było nadgryzione!
(…)

Koteczka jest w trakcie leczenia, na szczęscie jest już dużo lepiej. Życie Bryzy uratowała szybka reakcja opiekunki, która zabrała ją do weta ok. 2 h po tym, jak kotka nadgryzła konwalie.

Mając w domu zwierzaki, a zwłaszcza ciekawskie koty, zastanówmy się, czy wszystkie rośliny i kwiatki w domu są dla nich bezpieczne. W sieci można znaleźć całe listy roślin trujących. Na pewno niebezpieczne są wszelkie cebulowe (np. tulipany, lilie, a także po prostu cebula i szczypior), niebezpieczna jest diffenbachia, dracena, bluszcze, wilczomlecze (zwłaszcza te o miękkich liściach, jak np. popularna na Boże Narodzenie ‚gwiazda beltejemska’). Nie wszystkie rośliny powodują od razu pełnoobjawową rekację organizmu, niektóre z nich kot może po prostu regularnie podgryzać, aż w końcu okaże się, że ma zniszczone nerki… Dlatego dobierajmy rośliny i kwiatki uważnie, a dla kotów miejmy na podorędziu zawsze wysianą kocią trawkę (czyli np. owies albo pszenicę).

Niedzielny poranek, tradycyjny spacer po bazarku. Przy jednym ze ‚stoisk’ zaczepia mnie podpity facet „jak by pani nazwała tego bociana?”. Myślałam, że chodzi o jakąś zabawkę, ale facet się odsuwa i widzę kociaka uczepionego swetra kobiety (chyba żony). Mały burasek, nawet nieszczególnie przestraszony.
Wzięłam głeboki oddech (żeby nie wrzeszczeć) i zapytałam, czy wiedzą, że sprzedaż zwierząt na bazarze jest nielegalna. Okazało się, że nie sprzedają, a kupili kociaka. I przy bramie jeszcze są do kupienia, 6-cio tygodniowe. Wściekłam się. Powiedziałam, że kociak jest za mały na oddzielenie od matki, że powinien mieć co najmniej 8 tygodni. Zaczęła się sprzeczka, podpity facet coś tam memłał, że jak zadzwonię na straż miejską, to on mnie załatwi, kobieta z buraskiem wykłócała się, że ona ma koty w domu i wie, że taki kociak jest już do zabrania. O dziwo, w kwestii wieku kociaka poparły mnie dwie panie, które sprzedawały swoje rzeczy naokoło. Ja już nie słuchałam awanturki, biegłam do bramy wyjmując komórkę.
Niestety, już nie było ‚stoiska’ z kociakami. Pewnie wszystkie maluchy już zostały sprzedane. Schowałam komórkę, zła i smutna poszłam po truskawki…

Ustawa z dna 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (Dz.U. nr 111, poz. 714 z późn. zm.)

Art. 10a.
1. Zabrania się:
1) wprowadzania do obrotu zwierząt domowych na targowiskach, targach i giełdach;
2) prowadzenia targowisk, targów i giełd ze sprzedażą zwierząt domowych;
3) wprowadzania do obrotu psów i kotów poza miejscami ich chowu lub hodowli.

Telefon do Straży Miejskiej to 986

PS
Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że panie, które mnie poparły w sprzeczce z właścicielką kociaka, mówiły „dziewczyna ma rację”.
No wiecie – dziewczyna ;-) Every cloud has a silver lining

Zbieractwo różne ma oblicza. Moje oblicze czasem bywa umalowane kocimi gadżetami…

Producenci perfum Purr by Kate Perry sprawili mi niesamowitą radochę. Butla w kształcie kota cieszy moje oko, dlatego te perfumy kupiłam – w ciemno, nie znając zapachu. Tak tak, ale o dziwo, zapach również mi się spodobał, więc fioletowy kot nie pełni tylko funkcji dekoracyjnej, codziennie ubywa z jego zawartości :-) Nie mogę tego powiedzieć o perfumach Velvet Kitten Pussy Deluxe, pudełko śliczne, zapach mi nie odpowiada, na szczęście na butelce nie ma kotka, poprzestałam na próbce.

Cieni do oczu kotkowych nie używam, jak widać. Szkoda byłoby mi psuć taki śliczny motyw kota…

Lakier do paznokci w buteleczce w kształcie kotka jest super do patrzenia, ale gdyby lakieru ubywało, to widok by się zepsuł, prawda? Więc też nie używam.

Stara, platerowana puderniczka na sypki puder do użytku się już nie nadaje, ale jest przepiękna (moim zdaniem) i zdobi toaletkę.

Kocie lusterko czasem noszę w torebce.

Zestaw – kotek firmy PUPA (uwielbiam tę nazwę!) też jest nietknięty, bo
kotek śliczny, ale zawartość mi nie pasuje. No i cienie i błyszczyk się
marnują…

I tak oto wydało się, zbieram kocie gadżety użytkowe, których prawie nie używam!

No to jeszcze jedno zdjęcie marnujących się kosmetyków. No, może nie całkiem się marnują, szminka jest trochę już zużyta.


  • RSS